Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

Promieniu, mówisz rzeczy banalne.
— Być może, bo mówię to od początku świata. Jeszcze świata nie było, a ja już śpiewałem o tym jak ptak.
— Jest to filozofia dla dzieci...
— Więc najwyższa i najczystsza. Jeślibyś umiał pisać tak, aby cię każde dziecko pojęło, byłbyś wielki. Ale tego żaden człowiek jeszcze uczynić nie zdoła, więc się nie martw. Dopiero za siedem tysięcy lat będą ludzie do siebie przemawiali tak cudownie.
— Ach, jakimiż to słowami będzie śpiewała ta cudowna mowa?
— To nie będą słowa, to będą blaski. Ja będę w każdym takim dźwięku. Każdy dźwięk będzie złoty, ciepły i skrzydlaty. Taki jak ja. Za siedem tysięcy lat...
— Czemuż tak późno?
— Bo jeszcze dookoła ludzkiego serca jest gruba, twarda skorupa, myśl ludzka jest jeszcze ociężała i nie ma skrzydeł, jak poczwarka. Człowiek jest jeszcze ślepy i nie widzi złotego pyłu w powietrzu i jest jeszcze głuchy — nie słyszy, jak śpiewa i gra każdy atom, każde lśnienie i każdy pyłek.
— A ty to słyszysz?
— Ja sam dźwięczę. Wytęż słuch! Oto dźwięczę!... Słyszysz?...
— Nie słyszę, zwodzisz mnie!
— Nie zwodzę. Ja nie mogę kłamać, tylko ty jesteś biedny i nieszczęśliwy. Już mnie widzisz, ale nigdy nie usłyszysz. Są jednak tacy, co mnie czują, nie widząc nawet. Ci są lepsi od ciebie.
— Któż to taki?
— Raz siedziała pod murem zziębnięta, ślepa, biedna dziewczynka. Przebiegałem właśnie ulicą, więc zatrzymałem się i położyłem się na jej ślepych oczach. Wtedy dziewczynka...
— Cóż ta dziewczynka?
— Podniosła rączęta do oczu, jakby mnie chciała schwytać. Poczuła mnie, nie widząc... I stało się coś cudownego: to biedactwo się uśmiechnęło, a ja byłem szczęśliwy.
— Przeceniasz się, złota okruszyno...
— Nie! Jestem pokorny promień


Strony: