Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
nie było w olbrzymim gmachu hr. Skarbka takiego kąta, którego bym nie znał ja i ci moi koledzy, którzy poszaleli „teatralnie”, takich bowiem było kilku.
Słuchajcie, słuchajcie!
Oto jest powieść „nie skłamana w niczym”, rzewna powieść, jak młody, chudy, zawsze wygłodzony żak zaczął kochać teatr tak namiętnie, że tego wtedy inaczej wyrazić nie umiał, jak tylko barwą rumieńca, błyszczeniem oczy i niespokojnymi snami.
Boże mój! gdybym policzył, ile razy nie jadłem, aby tylko być w teatrze, mógłbym bez procesu kanonizacyjnego zostać wielkim świętym za posty i umartwienia. Gdybym mógł wypowiedzieć wszystko... Nie!... nie mogę... Łez mi żaden drukarz nie wydrukuje. Byłyby to czarne znaki, a nasze łzy były jasne jak szczęście i takie czyste, jak poezja...
Stary teatr lwowski jest to gmach ogromny, sędziwy, ku upadkowi dziś się chylący. Mieszkała w nim dusza wspaniała i tęczowa. Wielkie dzieło Skarbka pełne było blasku i wielkości.
Teatr miał trzy piętra, a na trzecim było jeszcze jakby półpięterko, drewniana zagroda, tak już wysoko, że smarkacz tam stojący głową dotykał powały. Na tych to wysokościach, jak na szczycie Everesta, szalały burze i miotały się w naszych duszach błyskawice. Tuż nad nami, o pół metra wyżej, mieszkał już Pan Bóg, który czasem, zasłuchany w śpiewy na scenie, roztargnioną ręką gładził nasze głowy, czupryny płowe i rozwichrzone myśli albo dziwne usłyszawszy w rozgorzałych serduszkach szmery, spojrzał i mrucząc: „czego beczysz, głupi?” — ocierał ciepłe łzy z niebieskich oczu.
Och, słabo mi...
Sztuką w owych czasach największą, najprzemyślniejszą, czarodziejską i zachwyt budzącą był sposób dostania się do teatru. Z niemą zawiścią i z głośną pogardą patrzyliśmy na takiego, którego ojciec zabrał do teatru. W ten sposób dostać się może na przedstawienie byle idiota.
Słuchajcie, słuchajcie!
Oto jest powieść „nie skłamana w niczym”, rzewna powieść, jak młody, chudy, zawsze wygłodzony żak zaczął kochać teatr tak namiętnie, że tego wtedy inaczej wyrazić nie umiał, jak tylko barwą rumieńca, błyszczeniem oczy i niespokojnymi snami.
Boże mój! gdybym policzył, ile razy nie jadłem, aby tylko być w teatrze, mógłbym bez procesu kanonizacyjnego zostać wielkim świętym za posty i umartwienia. Gdybym mógł wypowiedzieć wszystko... Nie!... nie mogę... Łez mi żaden drukarz nie wydrukuje. Byłyby to czarne znaki, a nasze łzy były jasne jak szczęście i takie czyste, jak poezja...
Stary teatr lwowski jest to gmach ogromny, sędziwy, ku upadkowi dziś się chylący. Mieszkała w nim dusza wspaniała i tęczowa. Wielkie dzieło Skarbka pełne było blasku i wielkości.
Teatr miał trzy piętra, a na trzecim było jeszcze jakby półpięterko, drewniana zagroda, tak już wysoko, że smarkacz tam stojący głową dotykał powały. Na tych to wysokościach, jak na szczycie Everesta, szalały burze i miotały się w naszych duszach błyskawice. Tuż nad nami, o pół metra wyżej, mieszkał już Pan Bóg, który czasem, zasłuchany w śpiewy na scenie, roztargnioną ręką gładził nasze głowy, czupryny płowe i rozwichrzone myśli albo dziwne usłyszawszy w rozgorzałych serduszkach szmery, spojrzał i mrucząc: „czego beczysz, głupi?” — ocierał ciepłe łzy z niebieskich oczu.
Och, słabo mi...
Sztuką w owych czasach największą, najprzemyślniejszą, czarodziejską i zachwyt budzącą był sposób dostania się do teatru. Z niemą zawiścią i z głośną pogardą patrzyliśmy na takiego, którego ojciec zabrał do teatru. W ten sposób dostać się może na przedstawienie byle idiota.
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145