Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
ozdobą gimnazjum w P., gdzie w najmilszym domu rodziców jednego z moich kolegów, głośnego dziś uczonego i profesora uniwersytetu lwowskiego, zagraliśmy Zemstę. Bogowie zapewne do dziś wspominają z rozrzewnieniem to boskie przedstawienie najlepszego w owym czasie zespołu teatralnego w tym mieście. Rozleciał się on z tego prostego powodu, żeśmy się wszyscy kochali w trzynastoletniej artystce, która grała Klarę, a ona (kobieta!) zdaje się, że wszystkim nam zawracała w głowie, co doprowadziło do małych niesnasek i wymiany zdań, po których zawsze wyborny odtwórca Wacława miał w garści kosmyk płowych włosów, wydartych z mądrej głowy Rejenta, ten zaś szukał odszkodowania na pałce Cześnika. Całemu towarzystwu groziło wyłysienie, wobec czego przekląwszy krwawym słowem uwodzicielkę, graliśmy jedynie sceny z Kordiana bez kobiet.
Takiej prawdy wzruszenia nigdy już w życiu nie odczułem w teatrze. Dreszcz i zgroza przechodziły widzów (mama, siostra, kucharka i lokaj za drzwiami), kiedy sobie car z wielkim księciem gadali:
„Gdzie się owa piękna Angielka podziała, lat szesnaście, niewinna, płocha, jak śnieg biała?...”
Ha!
Sędzia śledczy nie umiał tak zmieniać głosu w sztylet, torturując pytaniami zbrodniarza! Gdyby nie drobne zajście, car bowiem pobił za kulisami wielkiego księcia, łotr ten bowiem ukradł mu bokobrody, żywot tego teatru byłby pełen wieczystej chwały...
Wszystko to jednak jest mizernym drobiazgiem, sprawą wspomnienia niegodną, wobec prawdziwych zaślubin z teatrem. Kiedy mnie — zwykłym zresztą i łatwym do przewidzenia porządkiem rzeczy — wylali z kolei z gimnazjum w P., utknąłem już na amen w gimnazjum we Lwowie, który mi się wydawał wówczas ośrodkiem świata, pępkiem ziemi i siedzibą wszystkich szczęśliwości.
Tu był teatr — o rany!
Prawdziwy, wielki, wspaniały teatr, duma świata. Po upływie kilku miesięcy
Takiej prawdy wzruszenia nigdy już w życiu nie odczułem w teatrze. Dreszcz i zgroza przechodziły widzów (mama, siostra, kucharka i lokaj za drzwiami), kiedy sobie car z wielkim księciem gadali:
„Gdzie się owa piękna Angielka podziała, lat szesnaście, niewinna, płocha, jak śnieg biała?...”
Ha!
Sędzia śledczy nie umiał tak zmieniać głosu w sztylet, torturując pytaniami zbrodniarza! Gdyby nie drobne zajście, car bowiem pobił za kulisami wielkiego księcia, łotr ten bowiem ukradł mu bokobrody, żywot tego teatru byłby pełen wieczystej chwały...
Wszystko to jednak jest mizernym drobiazgiem, sprawą wspomnienia niegodną, wobec prawdziwych zaślubin z teatrem. Kiedy mnie — zwykłym zresztą i łatwym do przewidzenia porządkiem rzeczy — wylali z kolei z gimnazjum w P., utknąłem już na amen w gimnazjum we Lwowie, który mi się wydawał wówczas ośrodkiem świata, pępkiem ziemi i siedzibą wszystkich szczęśliwości.
Tu był teatr — o rany!
Prawdziwy, wielki, wspaniały teatr, duma świata. Po upływie kilku miesięcy
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145