Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

Tadek, słyszysz?
— Umarły też by usłyszał... No i co?
— Pluń mu na skrzypce!
— Za daleko, nie doniesie...
— To wisz, co?
— Nie wim...
— Żeby mu tak w piersiach grało!
Czyż można treściwiej wyrazić sąd trzeźwy i sprawiedliwy? Nie można.
Tak, tak, ale to dopiero początek. Za chwilę to się zacznie dopiero naprawdę, dotąd to wszystko to przystawki do zaostrzenia apetytu. Gorąco w sali jest takie, że muchy mdleją. Na łysej czaszce Greka ukazuje się perlista rosa, profesor matematyki wygląda tak znudzony, jak odstały nieboszczyk, i wykręca gębę w logarytm.
Słychać dzwonek: nowa sensacja. Wyłazi nowa cholera, strasznie elegancki, w białych rękawiczkach i deklamuje koncert Wojskiego. Wyje ci bestia, rękami macha, z nogi na nogę przestępuje, siecze wiersz jak mięso na kotlety, połyka słowa, dławi się nimi, robi się czerwony, potem fioletowy. Boże drogi! Udusi się... Oj, może się udusi... Gdzież tam! Przełknął i wali dalej. Skończył, a echo wali po auli, wybiega na kurytarze i ginie w mękach.
Znowu wielkie brawo, które nas doprowadza do szewskiej pasji, bo u nas w drugiej klasie jest taki niezrównany deklamator, który jest stanowczo najlepszym deklamatorem na świecie, mistrz nad mistrze, co udaje trąbę, psa, ryk niedźwiedzia, szum wody, kota, świnię i wronę. Taką deklamację raz usłyszeć i umrzeć, bo żyć już nie ma po co! Już wszystko usłyszałeś, co można było usłyszeć na świecie. Gdy nam raz zadeklamował cudowny wiersz o tym, jak giermek, skuty razem z hetmanem, odcina sobie nogę, aby hetmań ukochany mógł ujść z niewoli, tośmy się ze dwie godziny kulali ze śmiechu, tak to było wesoło wypowiedziane, ze znawstwem i z naśladowaniem głosów. A ten z ósmej klasy to może naszemu koledze buty czyścić. Toteż nasz deklamator, Zbyszek (jego matka ma jadłodajnię, a ojciec robi trumny — biedni ludzie


Strony: