Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

słońcu”. Gębę upozowałem w śmiertelną powagę. Trzy panienki z pensjonatu, dokąd niezmierna sława moja dotarła, kochały się we mnie. Biedne, bo kochały się beznadziejnie... Głowę miałem zaprzątniętą czym innym, nie marnymi romansami. Na czole miałem chmurę, w duszy boskie szaleństwo. Toteż dostojnie i wspaniale brzmiał dialog podczas przerwy w gimnazjum. Dziś słynny uczony, wówczas kolega mój z szóstej klasy, Juliusz Kleiner, zawsze i wtedy niezmiernie poważny, zapytał mnie:
— Nad czym kolega teraz pracuje?
— Piszę poemat filozoficzny pod tytułem Dusze.
— Strofy?
— Tak, oktawy. To forma, którą najbardziej lubię...
Gdzie jesteś, młodości, młodości!
„W tym miejscu łza miast kropki padła...”
Rozdział czwarty
Dusze na paradyzie

Napisawszy ku ludzkiej radości i ku własnemu rozrzewnieniu o tych zachwycających latach cielęcych, kiedy to wydrukowałem mój pierwszy wiersz, myślę, że więcej jeszcze rozkosznej zażyje serce zabawy przypominaniem owych dni szczęśliwych, kiedy na niebie było tylko słońce lub gwiazdy, na ziemi tylko uśmiechnięte kwiaty, w butach dziury, a w młodych duszach zapalczywość niezmierna, wszelkiej poetyczności i pięknego złudzenia łakoma.
Ciężko mnie potem Pan Bóg pokarał, bo przez nabrzmiałość owych zamiłowań zostałem krytykiem teatralnym w wiele lat potem.
Oto opowiem, rzewnym i prostym słowem malując wspomnienia, jak to młode dusze wędrowały do zaczarowanych krajów, w „rajską dziedzinę ułudy”, czyli — nie mówiąc tak nadobnie — jak zostały tknięte ciężkim wariactwem w stosunku do teatru.
Rzecz się dzieje w dawnej Galicji, gdzie dorastało młode cielę, brykające po łące życia, to jest — ja.
Był tam zwyczaj w gimnazjach, że zawsze w listopadzie urządzano „wieczory mickiewiczowskie”. Takie wieczory były pierwszym teatrem, z


Strony: