Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

obiecującego wariata, który piękną w tym kierunku mieć będzie karierę.
— Kto pana przysyła?
— Nikt... to ja sam... proszę pana...
Ziemia drży pode mną. Uciec, uciec, za wszelką cenę uciec!
— Słodki panie — mówi Kasprowicz, używając ulubionego swego wyrażenia — nie zawracaj pan głowy. Jak się pan nazywa?
— Kornel Makuszyński...
— Jak?!
Powtarzam z cichym jękiem.
— To pan napisał te dwa sonety? Niemożliwe.
— To ja, proszę pana.
Kasprowicz powstał, obszedł mnie dookoła, obejrzał i uśmiechnął się. I ja się uśmiechnąłem. Lew poezji jest — widać — dobry jak dziecko. Pogadał ze mną, wypytywał, pochwalił, zachęcił. Podał mi rękę i serdecznym głosem pożegnał. Miałem łzy w oczach.
W administracji wypłacili mi za dwa sonety dwie korony, halerzy osiemdziesiąt. Byłem bogaty!
Ha! wiele miłych rzeczy opowiadaliśmy sobie z Kasprowiczem, lecz ile spotkaliśmy się razy, przypominaliśmy sobie nieodmiennie tę chwilę, kiedy olbrzym wziął karzełka w potężną swą dłoń i cisnął go w literaturę. Ja tej chwili, genialny, umarły przyjacielu mój, nie zapomnę — nigdy, nigdy...
Niedługo potem drukowałem wiele wierszy w doskonałym piśmie młodzieży akademickiej „Teka”, gdzie Staff drukował swój arcywiersz, genialny wiersz pt. Kowal. Wspaniałą redakcję „Teki”, redakcję, która się mieściła w jednym pokoiku, gdzie spało czasem pięciu przybyszów za fałszywym paszportem z Warszawy, a spało na starych gazetach, tworzyli: Stanisław Stroński, Edward Dubanowicz, Przemysław Mączewski, Stanisław Zabielski, Bolesław Bator. Antoni Sadzewicz, Kazimierz Jarecki i jeszcze siedemdziesięciu kilku młodych zapaleńców. Mówili mi „kolego” i nic nie płacili. Za sonet można się było napić herbaty; łyżeczkę zastępowała obsadka pióra.
Chodziłem „w sławie, jak w


Strony: