Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
nieśmiało zapytuję w przypisku, czy mi gazeta czasem cokolwiek jeszcze wydrukuje?
Nazajutrz czytam w rubryce „Odpowiedzi redakcji”:
„Najchętniej. Proszę się zgłosić po odbiór honorarium”.
„Honorarium”? Co to jest? Boże drogi! To jakieś dziwne ludzie w tej gazecie: robią smarkaczowi niebotyczną przyjemność i chcą jeszcze za to płacić.
Robię tedy naradę z kolegami.
— Musisz iść! — powiadają.
— Boję się! — mówię ja.
— Nie bój się, wariat! Kasprowicz to podobno byczy chłop! — powiadają oni.
Wobec takiej informacji rozpoczynam przygotowania. Dziurę w bucie zaszyłem białą nitką i posmarowałem atramentem. Mydłem i szczotką wyczyściłem mundurek, który mógł służyć za lustro u fryzjera w małym mieście. Na kołnierzu dwa złote paski (szósta klasa!), cokolwiek wyrudziałe, jednak dodają splendoru. Plunąłem na dłoń i misternie przygładziłem czuprynę. Poszedłem z wizytą do Jana Kasprowicza. Odprowadziło mnie szesnastu zaufanych kolegów i czekało niecierpliwie na ulicy.
Moje biedne, głupie serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Byłem blady jak skruszały nieboszczyk.
Ze strachem pytam cerbera:
— Pan Kasprowicz jest?
— A jak jest, to co?
— Chciałem się zobaczyć...
— A kawaler z listem?
— Nie! — mówię grzecznie — ale pan Kasprowicz kazał mi przyjść.
— To wal pan w te drzwi.
Pukam we drzwi cicho palcem, a głośno sercem. Wchodzę. Pokój wiruje razem ze mną. Widzę straszliwy osełedec na cudownej głowie wielkiego poety; broda zacna; potężne guzy na czole; kark byka, spojrzenie dziecka, uśmiech na ustach.
— Czego tam?
— Pan kazał mi tu przyjść...
— Ja? Panu? Po co?
— Po pieniądze...
Nie wyglądałem na brodatego Żyda, prześladowcę, więc Kasprowicz spojrzał na mnie wesoło, jak na
Nazajutrz czytam w rubryce „Odpowiedzi redakcji”:
„Najchętniej. Proszę się zgłosić po odbiór honorarium”.
„Honorarium”? Co to jest? Boże drogi! To jakieś dziwne ludzie w tej gazecie: robią smarkaczowi niebotyczną przyjemność i chcą jeszcze za to płacić.
Robię tedy naradę z kolegami.
— Musisz iść! — powiadają.
— Boję się! — mówię ja.
— Nie bój się, wariat! Kasprowicz to podobno byczy chłop! — powiadają oni.
Wobec takiej informacji rozpoczynam przygotowania. Dziurę w bucie zaszyłem białą nitką i posmarowałem atramentem. Mydłem i szczotką wyczyściłem mundurek, który mógł służyć za lustro u fryzjera w małym mieście. Na kołnierzu dwa złote paski (szósta klasa!), cokolwiek wyrudziałe, jednak dodają splendoru. Plunąłem na dłoń i misternie przygładziłem czuprynę. Poszedłem z wizytą do Jana Kasprowicza. Odprowadziło mnie szesnastu zaufanych kolegów i czekało niecierpliwie na ulicy.
Moje biedne, głupie serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Byłem blady jak skruszały nieboszczyk.
Ze strachem pytam cerbera:
— Pan Kasprowicz jest?
— A jak jest, to co?
— Chciałem się zobaczyć...
— A kawaler z listem?
— Nie! — mówię grzecznie — ale pan Kasprowicz kazał mi przyjść.
— To wal pan w te drzwi.
Pukam we drzwi cicho palcem, a głośno sercem. Wchodzę. Pokój wiruje razem ze mną. Widzę straszliwy osełedec na cudownej głowie wielkiego poety; broda zacna; potężne guzy na czole; kark byka, spojrzenie dziecka, uśmiech na ustach.
— Czego tam?
— Pan kazał mi tu przyjść...
— Ja? Panu? Po co?
— Po pieniądze...
Nie wyglądałem na brodatego Żyda, prześladowcę, więc Kasprowicz spojrzał na mnie wesoło, jak na
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145