Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

a potem splunął na odległość z taką mistrzowską wprawą, że jednemu z wybitnych i bardzo wsławionych wodzów opluł mundurek, co wywołało nowy krzyk zgrozy.
— Spalić go! spalić go! — podniósł się wrzask.
Pomysł musiał być doskonały, gdyż go przyjęto z niesłychanym entuzjazmem. Kto żyw zajął się gorączkowym gromadzeniem suchych liści, zwiędłych traw i wyschłych na zapałkę, połamanych gałęzi. Około dwudziestu wojowników krzątało się tak żywo, że w kwadrans dokoła „śmiertelnego pala” Krwawego Byka wznosił się stos sięgający mu pod pachy. Wyglądało to tak śmiesznie, że z lubością patrzono na te przygotowania, zabawa bowiem zrobiła się pierwszej klasy. Tylko Jeleń Rączy stał z boku, jak zaczarowany, i nie przyniósł nawet patyczka. Gdyby nie jego słynne w całym świecie piegi i zezowate oczy, dawno już przestałby być wodzem. Mazgaj!
Krwawy Byk patrzył na te przygotowania z głupkowatym uśmiechem. Wewnątrz szalała w nim bezsilna wściekłość, ale nie dał tego poznać po sobie. Widoczne było, że się nie boi i uśmiechem daje nam znać o swojej niezmiernej pogardzie; gdyby tak jednak dobrze spojrzeć, można by dostrzec w szybko biegających promieniach jego oczu zaniepokojenie, czy nas przypadkiem jakiś szał nie opętał? Wiedziała — małpa! — że jesteśmy tchórze najgrubszego kalibru, nigdy jednak jeden młody idiota nie jest w stanie przewidzieć, co drugiemu strzeli do łba? Myśmy też nie przewidzieli.
Zmęczeni gorączkowym układaniem stosu, patrzyliśmy teraz wesoło i z niemałą rozkoszą na swoje dzieło; boki można zrywać, widząc wysokiego dryblasa, obłożonego leśnym śmieciem tak, że tylko z tej kopicy widać ramiona i zbrodniczą głowę. Dryblas, przekonany, że to już koniec zabawy, uspokoił się i zaczął szydzić:
— Czemuż nie podpalicie stosu, zdechłe żółwie? Tchórze cuchnący! Ludzie o podwójnym języku!


Strony: