Bezgrzeszne lata
Autor: Kornel Makuszyński
porażeni. Czuliśmy tylko jedno: wielki smutek, że Krwawy Byk nie jest wojownikiem rycerskim. Prawda, myśmy przeciwko niemu zawarli przymierze, ale to się równoważyło z jego siłą i bezczelnością; chcieliśmy go jednak zwyciężać w walce otwartej, w której nie wiadomo jeszcze kto zginie? Może on, ale może i my?
Zresztą nie tak znów bardzo byliśmy pewni naszych sprzymierzeńców, którzy walczyć mieli kupieni, jak najemne wojska, kondotierzy. Podstępne jednak zabranie nam broni i uroczystej odznaki wodza było czynem brzydkim, tak bardzo brzydkim, że się jego rdzawe ostrze zwróciło właśnie przeciwko niemu. Sprzymierzeńcy nasi w istocie nie byli pewni i mogli byli tylko „markować” bitwę, w tej chwili jednak, zrozumiawszy, że postępek Krwawego Byka był niegodny, i ujrzawszy łzy lubionego biedaka, naszego wodza, zawrzeli wściekłością. Za włosy, na niedzielę pięknie czymś wysmarowane i gładko uczesane, chwycił ich demon wojny i zatargał nimi. Zapłonęły oczy i ręce drżeć poczęły. Niepewny sprzymierzeniec stał się zawziętym przyjacielem.
— Ty, Antek! — krzyknął syn policjanta — ja ci mówię, ty się nie martw! On tego ciężko pożałuje, miglanc jeden!
„Miglanc” znaczyło w owych czasach coś niezrozumiałe obelżywego. Za takie słowo można było dostać ciężko po łbie.
— Ja nie płaczę, ale mnie wstyd...
— Co ci ma być wstyd? Ja ci powiem: ja już nic nie chcę za bęben, żadnych piór ani scyzoryków. Będę bębnił jak dla siebie, za darmo!
Armia osłupiała, po czym uczyniła wrzask tak radosny, że fala podniosła się na rzece.
Głupi Krwawy Byk! — Gdyby był wiedział, czego dokona swoją zdradą!
Zapał ogarniał szeregi, które nagłe bez komendy zaczęły tańczyć taniec wojenny tak wspaniały, że wróble, nawołując się, zaczęły zlatywać się z najdalszych stron, aby to zobaczyć.
— Howgh! howgh! uff
Zresztą nie tak znów bardzo byliśmy pewni naszych sprzymierzeńców, którzy walczyć mieli kupieni, jak najemne wojska, kondotierzy. Podstępne jednak zabranie nam broni i uroczystej odznaki wodza było czynem brzydkim, tak bardzo brzydkim, że się jego rdzawe ostrze zwróciło właśnie przeciwko niemu. Sprzymierzeńcy nasi w istocie nie byli pewni i mogli byli tylko „markować” bitwę, w tej chwili jednak, zrozumiawszy, że postępek Krwawego Byka był niegodny, i ujrzawszy łzy lubionego biedaka, naszego wodza, zawrzeli wściekłością. Za włosy, na niedzielę pięknie czymś wysmarowane i gładko uczesane, chwycił ich demon wojny i zatargał nimi. Zapłonęły oczy i ręce drżeć poczęły. Niepewny sprzymierzeniec stał się zawziętym przyjacielem.
— Ty, Antek! — krzyknął syn policjanta — ja ci mówię, ty się nie martw! On tego ciężko pożałuje, miglanc jeden!
„Miglanc” znaczyło w owych czasach coś niezrozumiałe obelżywego. Za takie słowo można było dostać ciężko po łbie.
— Ja nie płaczę, ale mnie wstyd...
— Co ci ma być wstyd? Ja ci powiem: ja już nic nie chcę za bęben, żadnych piór ani scyzoryków. Będę bębnił jak dla siebie, za darmo!
Armia osłupiała, po czym uczyniła wrzask tak radosny, że fala podniosła się na rzece.
Głupi Krwawy Byk! — Gdyby był wiedział, czego dokona swoją zdradą!
Zapał ogarniał szeregi, które nagłe bez komendy zaczęły tańczyć taniec wojenny tak wspaniały, że wróble, nawołując się, zaczęły zlatywać się z najdalszych stron, aby to zobaczyć.
— Howgh! howgh! uff
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140
- 141
- 142
- 143
- 144
- 145