Bezgrzeszne lata

Autor: Kornel Makuszyński

zajętemu pracą, tak oto ten słoneczny błysk, co się oderwał od nieba, igra po moim papierze, po poważnej, sztywnej, pysznej ze swej białości karcie, włazi pod ostre, zirytowane, czernią atramentu płaczące pióro i w wielkiej ciszy mego pokoju — śmieje się, śmieje, śmieje...
Nakrywam tę złotą plamę dłonią — ach! — przeciekła mi przez palce i już jest na grzbiecie ręki; złym wzrokiem i złym westchnieniem odpędzam tego słonecznego motyla, lecz on wciąż powraca, przebiwszy w słonecznym locie zimno szyby okiennej.
O, jaka to pusta zabawa!
Nie mam czasu na igraszki ze słonecznym promieniem, zabłąkanym ze świata. Jestem pełen żalów i pełen goryczy. Oto drży pióro moje, jak żądło podnieconej czymś osy, i mimo stu słonecznych promieni, choćby mi słońce każda chciało wyzłocić kartę, choćby się dzień słoneczny położył na moich papierzyskach i grał, i dzwonił złotem swoich promieni — pióro moje wbije się jak szpon w biel papieru i papier jęknie. Potem czarna, atramentowa krew długimi sznureczkami liter popłynie z zapiekłej rany.
Tak jest! tak będzie! Czegóż tedy chcesz, utrapiony promyku słońca?
Uderzyłem pięścią w kartę papieru. Zadrżał złoty blask i — lśni się. Nie uciekł, przerażony, lecz jak złoty ptak zatrzepotał się razem z kartą i po chwili — beztroski, znowu śmiać się zaczyna i po papierze krąży, i śmieje się, śmieje, śmieje.
Daremna jest walka z pustotą.
Jestem jednak człowiekiem łagodnym, nie będę wiódł walki — z czym? z kim? — i mizernym promykiem! Czy uderzyłem kiedy roześmiane dziecko? Nie. Uczynię więc ustępstwo, niegodne dojrzałego serca i będę się starał wytłumaczyć złotej swawoli, że jest niedowarzona, dokuczliwa i natrętna jak mucha. Pochylam więc twarz nad niecierpliwą i już bladą z pasji kartą i zbliżywszy usta do złotego blasku, co żywy i niespokojny wałęsa


Strony: