Bardzo dziwne bajki

Autor: Kornel Makuszyński

ogrodzie wieczorem, bardzo zła, że niebo jest pogodne, bo pragnęła, aby były chmury i aby piorun zapalił pałac. Pragnęła tego tak sobie, dla zabawy. Nagle słucha, a to słowik niedaleko wśród krzewów cudownie zawodzi.
— Cicho tam bądź, krzykliwy ptaku! — zawołała.
Lecz słowik śpiewał dalej, a tak pięknie, jak nigdy.
Królewna poczęła się przysłuchiwać, o czym on śpiewa. A on zawodził:
— O, królewno Marysieńko! cyt! cyt! Włoski masz złote, jak promienie księżyca. O, jakże ja cię kocham niezmiernie! Żaden z królów, co tu byli, tak cię nie kocha.
Zdumiała się królewna. Najpierw gniew ją zebrał, że taki szary ptak śmie ją kochać, ale potem pomyślała sobie, że na złość wszystkim pójdzie za mąż za słowika. Więc zapytała go:
— Czy jestem piękna, słowiku?
On zaś odśpiewał:
— Jak maj, jak kwiat, jak noc wiosenna, taka jesteś piękna. Kocham cię! o! o! o! jak ja cię kocham. Bądź moją żoną, bądź, och, bądź!
— Dobrze — odrzekła królewna — lecz zanim wezmę cię za męża, musisz śpiewać bezustannie pod moim oknem przez trzy tygodnie!
— O, dobrze, dobrze, królewno! — zaśpiewał słowik.
I zaczął śpiewać i śpiewać, i śpiewać. O gwiazdach, o księżycu, o wodzie, potem o sercu i o niebieskich oczach. Królewna dawno już odeszła, myśląc sobie, jaki to niemądry ten słowik, a on śpiewał. Słońce już weszło dawno, a on jeszcze śpiewał. Ale już ciszej, ciszej, coraz ciszej. Przestał na chwileczkę i znowu śpiewał tak cichutko, że ledwie już słychać było.
A po obiedzie wyszła królewna do ogrodu posłuchać, czy on śpiewa. Cicho było wszędzie. Idzie do słowiczego krzaka i bardzo się rozgniewała. Słowik leżał martwy pod gałązką, bo od nadmiernego śpiewania serce mu pękło.
— Jak śmiałeś umrzeć bez mojego pozwolenia? — zawołała.
Lecz


Strony: