Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
zieloną sukienkę, którą wszyscy znali, podnieśli wrzask tak niezmierny, że z murów zaczęły się sypać kamienie, a Rzeka Łez wystąpiła z brzegów.
— Królewno nasza, czy to ty? Więc Bóg cię zachował?
Nie minęła długa chwila, a całe miasto było na nogach. Nikt nie zdołałby opisać, co się w nim działo. Ludzie padali sobie w objęcia, całowali się wrogowie zawzięci. Uderzono w dzwony. Otoczono naszą gromadkę i prowadzono w triumfie.
Jeden Robak okazywał niepokój.
— Bardzo to wszystko ładnie — mówił sobie — ale z wielkiej radości połamią mi nogi. Ostrożnie, ostrożnie! Czego się tak pchacie?
Nagle zgiełk ucichnął; naprzeciwko ogromnego tłumu stanął wielki minister, bardzo blady i wzruszony. Dał znak, aby się uciszono, i rzekł donośnym głosem:
— Ludu z miasta Trzech Wież! Bóg sprawił że dawno opłakana wraca królewna nasza. Poznaję ją, a wy wszyscy poznajecie jej sukienkę. Ta sama to twarz, te same oczy błękitne i uśmiech ten sam.
— To ona! to ona! — zakrzyknął tłum.
— I ja jestem tego pewny. Pamiętajcie jednak, że dziwy się dzieją na tym świecie. A któż zaręczy, że to wszystko nie jest sztuką czarnoksięską?
— Nie! nie! — zawołał tłum wielkim głosem.
— Daj to, Boże! Wszystko się wyjaśni. Zanim jednak zawiadomimy króla i królowę, musimy się dowiedzieć, jak to się stało, że zjedzona przez wilki, wraca dzisiaj żywa. Kto są jej towarzysze, ten piękny chłopiec i ten brzydki pies? Azaż nie są to pachołkowie szatana?
Słysząc to Janek, blady i pełen gniewu, skoczył na kamień i, ile tylko sił miał w piersi, głos swój nimi napełnił. Tłum ludzi zamarł w oczekiwaniu, a on zawołał:
— Patrzcie! Czynię znaki krzyża świętego, na dowód, że nie szatan nas tu przysyła. Bogiem się świadczę, że wszystko, co powiem, jest prawdą świętą.
I z ogniem w
— Królewno nasza, czy to ty? Więc Bóg cię zachował?
Nie minęła długa chwila, a całe miasto było na nogach. Nikt nie zdołałby opisać, co się w nim działo. Ludzie padali sobie w objęcia, całowali się wrogowie zawzięci. Uderzono w dzwony. Otoczono naszą gromadkę i prowadzono w triumfie.
Jeden Robak okazywał niepokój.
— Bardzo to wszystko ładnie — mówił sobie — ale z wielkiej radości połamią mi nogi. Ostrożnie, ostrożnie! Czego się tak pchacie?
Nagle zgiełk ucichnął; naprzeciwko ogromnego tłumu stanął wielki minister, bardzo blady i wzruszony. Dał znak, aby się uciszono, i rzekł donośnym głosem:
— Ludu z miasta Trzech Wież! Bóg sprawił że dawno opłakana wraca królewna nasza. Poznaję ją, a wy wszyscy poznajecie jej sukienkę. Ta sama to twarz, te same oczy błękitne i uśmiech ten sam.
— To ona! to ona! — zakrzyknął tłum.
— I ja jestem tego pewny. Pamiętajcie jednak, że dziwy się dzieją na tym świecie. A któż zaręczy, że to wszystko nie jest sztuką czarnoksięską?
— Nie! nie! — zawołał tłum wielkim głosem.
— Daj to, Boże! Wszystko się wyjaśni. Zanim jednak zawiadomimy króla i królowę, musimy się dowiedzieć, jak to się stało, że zjedzona przez wilki, wraca dzisiaj żywa. Kto są jej towarzysze, ten piękny chłopiec i ten brzydki pies? Azaż nie są to pachołkowie szatana?
Słysząc to Janek, blady i pełen gniewu, skoczył na kamień i, ile tylko sił miał w piersi, głos swój nimi napełnił. Tłum ludzi zamarł w oczekiwaniu, a on zawołał:
— Patrzcie! Czynię znaki krzyża świętego, na dowód, że nie szatan nas tu przysyła. Bogiem się świadczę, że wszystko, co powiem, jest prawdą świętą.
I z ogniem w
Strony: