Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
mu było, że wędrują wśród poczciwych ludzi, krajem gęsto zamieszkałym, gdzie nikt nie czynił krzywdy, lecz czasem z serca całego pomógł.
— Jakie to nudne życie — mówił — czarownika ani na lekarstwo, a sowy w tym spokojnym kraju nie zdradzają ochoty do kłótni.
— Żal ci tego, co było? Przecie to było straszne! — rzekł Janek.
— Może i było straszne, ale jakże miło było pokonać i strach, i niebezpieczeństwo. A teraz co? Chodzimy jak dziady, a wszyscy, zamiast drżeć przed nami z trwogi, litują się nad nami. Jesteśmy więksi panowie od innych, a oni nas żywią. Nie lubię żyć na cudzy koszt. Nie podoba mi się zresztą ten kraj; ludzie jeszcze jako tako, tylko ptactwo domowe jest głupie i krzykliwe.
Janek mrugnął na Zosię i niby niewinnie pyta:
— A czemuż to, miły Robaczku?
— Czy ja wiem, czemu? Podchodzę wczoraj pod wieczór do jakiejś tłustej kaczki, bo chciałem... czego to ja od niej chciałem?... aha! chciałem zapytać o drogę i widać, że źle skoczyłem, to jest — co też ja gadam! — widać, zbyt gwałtownie o to ją zapytałem, bo głupia kaczka, zamiast grzecznie odpowiedzieć, narobiła takiego wrzasku i tyle narobiła rwetesu, że się ludzie zbiegli, a ja musiałem uciekać. Głupszą od kaczki może być tylko kura.
— A kury pytałeś o drogę? — zaśmiał się Janek.
— Gdzież tam; kura, kiedy mnie zobaczy, urządza w tej chwili takie gdakanie, jakbym ja był jajkiem, które ona zniosła. Po co w ogóle takie pierzaste tałałajstwo ma głos? Chyba po to, żeby uczciwy pies chodził głodny.
— Może Bóg. da, że już niedługo, Robaku najdroższy — rzekła Zosia. — Kiedy znajdziemy miasto, co ma trzy złote wieże, gdzie ja się urodziłam, najesz się tak, że syty będziesz za wszystkie czasy.
— Byle nie drożdży... — mruknął Robak.
— O, nie! będziesz jadł ananasy i pił ptasie mleko.
Strony:
— Jakie to nudne życie — mówił — czarownika ani na lekarstwo, a sowy w tym spokojnym kraju nie zdradzają ochoty do kłótni.
— Żal ci tego, co było? Przecie to było straszne! — rzekł Janek.
— Może i było straszne, ale jakże miło było pokonać i strach, i niebezpieczeństwo. A teraz co? Chodzimy jak dziady, a wszyscy, zamiast drżeć przed nami z trwogi, litują się nad nami. Jesteśmy więksi panowie od innych, a oni nas żywią. Nie lubię żyć na cudzy koszt. Nie podoba mi się zresztą ten kraj; ludzie jeszcze jako tako, tylko ptactwo domowe jest głupie i krzykliwe.
Janek mrugnął na Zosię i niby niewinnie pyta:
— A czemuż to, miły Robaczku?
— Czy ja wiem, czemu? Podchodzę wczoraj pod wieczór do jakiejś tłustej kaczki, bo chciałem... czego to ja od niej chciałem?... aha! chciałem zapytać o drogę i widać, że źle skoczyłem, to jest — co też ja gadam! — widać, zbyt gwałtownie o to ją zapytałem, bo głupia kaczka, zamiast grzecznie odpowiedzieć, narobiła takiego wrzasku i tyle narobiła rwetesu, że się ludzie zbiegli, a ja musiałem uciekać. Głupszą od kaczki może być tylko kura.
— A kury pytałeś o drogę? — zaśmiał się Janek.
— Gdzież tam; kura, kiedy mnie zobaczy, urządza w tej chwili takie gdakanie, jakbym ja był jajkiem, które ona zniosła. Po co w ogóle takie pierzaste tałałajstwo ma głos? Chyba po to, żeby uczciwy pies chodził głodny.
— Może Bóg. da, że już niedługo, Robaku najdroższy — rzekła Zosia. — Kiedy znajdziemy miasto, co ma trzy złote wieże, gdzie ja się urodziłam, najesz się tak, że syty będziesz za wszystkie czasy.
— Byle nie drożdży... — mruknął Robak.
— O, nie! będziesz jadł ananasy i pił ptasie mleko.
Strony: