Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
innej rady. Słuszna kara spotkała ją za to złe, które czyniła ludziom. Nic po niej na świecie... Czy nie tak, Robaku?
Robak nie odpowiedział, bo odpoczywał. Zziajany, drżał na całym ciele, przeszedłszy chwile wielkiej trwogi i teraz dopiero rozumiejąc, jak bardzo bliski był śmierci.
Podniósł się wreszcie i rzekł:
— Chodźmy stąd! To niemiłe miejsce... Położymy się spać daleko stąd, pod drzewami.
— Chodźmy! — rzekły dzieci.
Janek ujął rękę dziewczyny i już odeszli sporo drogi, kiedy nagle Zosia krzyknęła:
— Muszę tam wrócić na chwilę!
— Po co? — zapytał zdumiony Janek.
— Tam została moja zielona sukienka!
— Cóż to za nowa historia? — zdumiał się Robak.
Janek rzekł:
— Widzisz, Robaku, czarownica ściągnęła z niej cudowną sukienkę, którą Zosia musi mieć z powrotem.
— Ach, te babskie fatałaszki! — mruknął Robak, udając niezadowolenie. — No, dobrze, już dobrze, idźcie po tę sukienkę... Ja bym nigdy nie wracał po moje kudły.
V
Wędrowali długo, długo, poprzez lasy, poprzez knieje, poprzez łąki, poprzez pola, poprzez wody, poprzez rzeki. Gdyby wszystko opowiadać, co im wtedy się zdarzyło, sto dni trzeba by od rana gadać ciągiem do wieczora, od wieczora znów do rana. Dobrzy się dziwili ludzie, patrząc na te biedne dzieci, co obdarte, wynędzniałe, lecz z oczyma promiennymi, idą, idą nieustannie i gadają, jak z człowiekiem, z psem, co oczy ma poczciwe, a na sobie mięsa tyle, żeby tego nie starczyło jednej wronie na śniadanie.
Ale że się wszystko w życiu kiedyś skończy, źle czy dobrze, posłuchajcie, posłuchajcie, co się z nimi trojgiem stało.
Zosia niosła w zawiniątku śliczną sukieneczkę dziecinną i pilnowała jej troskliwie. Janek żywił całą gromadkę, a Robak poza tym na własną rękę szukał czegoś do zjedzenia. Markotno
Robak nie odpowiedział, bo odpoczywał. Zziajany, drżał na całym ciele, przeszedłszy chwile wielkiej trwogi i teraz dopiero rozumiejąc, jak bardzo bliski był śmierci.
Podniósł się wreszcie i rzekł:
— Chodźmy stąd! To niemiłe miejsce... Położymy się spać daleko stąd, pod drzewami.
— Chodźmy! — rzekły dzieci.
Janek ujął rękę dziewczyny i już odeszli sporo drogi, kiedy nagle Zosia krzyknęła:
— Muszę tam wrócić na chwilę!
— Po co? — zapytał zdumiony Janek.
— Tam została moja zielona sukienka!
— Cóż to za nowa historia? — zdumiał się Robak.
Janek rzekł:
— Widzisz, Robaku, czarownica ściągnęła z niej cudowną sukienkę, którą Zosia musi mieć z powrotem.
— Ach, te babskie fatałaszki! — mruknął Robak, udając niezadowolenie. — No, dobrze, już dobrze, idźcie po tę sukienkę... Ja bym nigdy nie wracał po moje kudły.
V
Wędrowali długo, długo, poprzez lasy, poprzez knieje, poprzez łąki, poprzez pola, poprzez wody, poprzez rzeki. Gdyby wszystko opowiadać, co im wtedy się zdarzyło, sto dni trzeba by od rana gadać ciągiem do wieczora, od wieczora znów do rana. Dobrzy się dziwili ludzie, patrząc na te biedne dzieci, co obdarte, wynędzniałe, lecz z oczyma promiennymi, idą, idą nieustannie i gadają, jak z człowiekiem, z psem, co oczy ma poczciwe, a na sobie mięsa tyle, żeby tego nie starczyło jednej wronie na śniadanie.
Ale że się wszystko w życiu kiedyś skończy, źle czy dobrze, posłuchajcie, posłuchajcie, co się z nimi trojgiem stało.
Zosia niosła w zawiniątku śliczną sukieneczkę dziecinną i pilnowała jej troskliwie. Janek żywił całą gromadkę, a Robak poza tym na własną rękę szukał czegoś do zjedzenia. Markotno
Strony: