Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
obwiesia. Gdzie ona śpi?
— Poszła tam na prawo, ku tej szopie. Idź, psie najukochańszy, uważaj tylko, abyś się nie natknął na potwora.
— Niech on uważa, aby się nie natknął na mnie — mruczał Robak, zdążając ostrożnie ku schronieniu dziewczynki.
W Janku serce tłukło się niespokojnie, każda chwila wydawała mu się wiekiem. Wypatrywał oczy w szarości świtu, aż wreszcie się uśmiechnął, szczęśliwy. Z ręką opartą na głowie Robaka biegła Zosia.
— Zosiu! — wykrzyknął Janek — są radosne nowiny.
Szybko opowiedział jej o wielkich czynach Robaka i o uwięzieniu czarnego psa; Robak dawał Jankowi znaki, aby go zbyt nie psuto pochwałami, a dziewczynka słuchała tego jak bajki; patrzyła na Robaka z rozrzewnieniem, po czym, nie mogąc powstrzymać wybuchu radości, uklękła, zarzuciła Robakowi obie ręce na szyję i ucałowała poczciwą jego mordę. Robak stał przez chwilę oszołomiony, oczy mu pojaśniały, spojrzał na Janka z wyrazem ogromnego szczęścia, ale rzekł niby ponuro:
— Ach, te panienki! fiołki w głowie i tyle...
Psia jego dusza tak była szczęśliwa, jak nigdy jeszcze.
„Nie ma co — myślał — trzeba będzie serce podzielić na połowę. Urwipołeć jestem i zdrajca, bo czuję, że dla Janka zginąłbym trzy razy, ale dla tego nieznośnego dziewczyniska uczyniłbym to chętnie najmniej siedem razy”.
Potem dodał głośno:
— My tu cacy—cacy, a dzień się robi. Powiedz panience, cośmy uradzili.
— Uklęknij przy mnie, Zosiu — rzekł Janek — powiem ci, co wymyśliła ta kochana psianoga.
— Tylko bez zbytnich konfidencji! — zawołał wesoło Robak.
Długo Janek tłumaczył Zosi plan Robaka. Dziewczyna słuchała uważnie, mocno jednak zatroskana:
— Boję się — rzekła — czy potrafię tak udawać.
— Spojrzyj na mnie, śliczna panienko — wtrącił Robak swojo trzy
— Poszła tam na prawo, ku tej szopie. Idź, psie najukochańszy, uważaj tylko, abyś się nie natknął na potwora.
— Niech on uważa, aby się nie natknął na mnie — mruczał Robak, zdążając ostrożnie ku schronieniu dziewczynki.
W Janku serce tłukło się niespokojnie, każda chwila wydawała mu się wiekiem. Wypatrywał oczy w szarości świtu, aż wreszcie się uśmiechnął, szczęśliwy. Z ręką opartą na głowie Robaka biegła Zosia.
— Zosiu! — wykrzyknął Janek — są radosne nowiny.
Szybko opowiedział jej o wielkich czynach Robaka i o uwięzieniu czarnego psa; Robak dawał Jankowi znaki, aby go zbyt nie psuto pochwałami, a dziewczynka słuchała tego jak bajki; patrzyła na Robaka z rozrzewnieniem, po czym, nie mogąc powstrzymać wybuchu radości, uklękła, zarzuciła Robakowi obie ręce na szyję i ucałowała poczciwą jego mordę. Robak stał przez chwilę oszołomiony, oczy mu pojaśniały, spojrzał na Janka z wyrazem ogromnego szczęścia, ale rzekł niby ponuro:
— Ach, te panienki! fiołki w głowie i tyle...
Psia jego dusza tak była szczęśliwa, jak nigdy jeszcze.
„Nie ma co — myślał — trzeba będzie serce podzielić na połowę. Urwipołeć jestem i zdrajca, bo czuję, że dla Janka zginąłbym trzy razy, ale dla tego nieznośnego dziewczyniska uczyniłbym to chętnie najmniej siedem razy”.
Potem dodał głośno:
— My tu cacy—cacy, a dzień się robi. Powiedz panience, cośmy uradzili.
— Uklęknij przy mnie, Zosiu — rzekł Janek — powiem ci, co wymyśliła ta kochana psianoga.
— Tylko bez zbytnich konfidencji! — zawołał wesoło Robak.
Długo Janek tłumaczył Zosi plan Robaka. Dziewczyna słuchała uważnie, mocno jednak zatroskana:
— Boję się — rzekła — czy potrafię tak udawać.
— Spojrzyj na mnie, śliczna panienko — wtrącił Robak swojo trzy
Strony: