Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
mąż wydać za Goliata. Lepiej będzie, jeśli mnie ten straszny pies pożre... O, obroń mnie, obroń mnie, Janku.
— Boże miły! — zawołał Janek — oddam życie za ciebie i dam się porąbać w sztuki, lecz co ja poradzę przeciwko potężnym czarownikom. O, Robaku! czemu ciebie tu nie ma? Ale nie płacz, Zosiu! Będę myślał nad ratunkiem, najpierw dla ciebie, potem dla siebie... Co to znaczy? Czemu ten czarny, straszny pies tak się niepokoi? Coś zwietrzył...
— Może czarownica wraca — wyznała Zosia.
Patrzyli z trwogą, jak pies podniósł się czujnie i jak czarne, ogromne widmo zaczął iść ostrożnie ku palisadzie, otaczającej sadybę.
— Muszę uciekać — krzyknęła cicho dziewczynka — bo jeśli to wraca czarownica, nieszczęsna byłaby moja godzina. Jutro będę próbowała zbliżyć się do ciebie. Spij, śpij teraz, Janeczku! Niech twoja matka czuwa nad tobą, a ja za ciebie zmówię pacierz.
— Bądź zdrowa, Zosieńko — zawołał Janek.
Zosia zginęła w mroku, a Janek zaczął rozmyślać. Czarny pies gdzieś przepadł. Noc była ciepła, letnia, z nieba padały czasem gwiazdy. Gdzieś na łąkach grały świerszcze, jakby chciały osłodzić biednemu chłopcu ciężką niewolę. Minęła godzina, a pies nie powracał; mijała już następna, kiedy w Janku serce zaśpiewało z radości: Robak był przy nim. Wiemy już, jak się tu znalazł i co sobie powiedzieli dwaj nierozdzielni towarzysze.
W Janka wstąpiła otucha. Spojrzał na niebo, na którego wschodniej stronie jasna uczyniła się szpara, jakby przez nią anioły wyglądały, czy ziemia śpi jeszcze i czy nie czas już budzić ptaki. Modlił się w duszy.
„Niech się ze mną stanie, co się ma stać, bo wiele mogę przecierpieć, jak ten mój towarzysz pies, co przed śmiercią uciekł; ale niech ta dziewczynka nie cierpi, bo jest jak kwiatek, co nie ma sił. Ocalcie ją, aniołowie niebiescy, jakby swoją
— Boże miły! — zawołał Janek — oddam życie za ciebie i dam się porąbać w sztuki, lecz co ja poradzę przeciwko potężnym czarownikom. O, Robaku! czemu ciebie tu nie ma? Ale nie płacz, Zosiu! Będę myślał nad ratunkiem, najpierw dla ciebie, potem dla siebie... Co to znaczy? Czemu ten czarny, straszny pies tak się niepokoi? Coś zwietrzył...
— Może czarownica wraca — wyznała Zosia.
Patrzyli z trwogą, jak pies podniósł się czujnie i jak czarne, ogromne widmo zaczął iść ostrożnie ku palisadzie, otaczającej sadybę.
— Muszę uciekać — krzyknęła cicho dziewczynka — bo jeśli to wraca czarownica, nieszczęsna byłaby moja godzina. Jutro będę próbowała zbliżyć się do ciebie. Spij, śpij teraz, Janeczku! Niech twoja matka czuwa nad tobą, a ja za ciebie zmówię pacierz.
— Bądź zdrowa, Zosieńko — zawołał Janek.
Zosia zginęła w mroku, a Janek zaczął rozmyślać. Czarny pies gdzieś przepadł. Noc była ciepła, letnia, z nieba padały czasem gwiazdy. Gdzieś na łąkach grały świerszcze, jakby chciały osłodzić biednemu chłopcu ciężką niewolę. Minęła godzina, a pies nie powracał; mijała już następna, kiedy w Janku serce zaśpiewało z radości: Robak był przy nim. Wiemy już, jak się tu znalazł i co sobie powiedzieli dwaj nierozdzielni towarzysze.
W Janka wstąpiła otucha. Spojrzał na niebo, na którego wschodniej stronie jasna uczyniła się szpara, jakby przez nią anioły wyglądały, czy ziemia śpi jeszcze i czy nie czas już budzić ptaki. Modlił się w duszy.
„Niech się ze mną stanie, co się ma stać, bo wiele mogę przecierpieć, jak ten mój towarzysz pies, co przed śmiercią uciekł; ale niech ta dziewczynka nie cierpi, bo jest jak kwiatek, co nie ma sił. Ocalcie ją, aniołowie niebiescy, jakby swoją
Strony: