Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
prostą opowieścią, potem rzekła cichutko:
— A może nie zginął?
— O, dałby to Bóg. Potwór jednak z taką siłą rzucił go na skały, że pewnie biedny Robak ducha wyzionął. A czy ty mi teraz powiesz, mila panienko, kim ty jesteś i skąd się tu wzięłaś wśród tych okropnych czarowników?
— Jestem tu u nich może z pięć, a może ze sześć lat. Nazywam się Zosia, bo to pamiętam, że tak na mnie wołali.
— A kto i gdzie tak ciebie nazywał?
— Moja matka i mój ojciec, i wszyscy dobrzy ludzie, kiedy byłam malutka. Mieszkałam w wielkim mieście, w którym są trzy złote wieże, w jakimś ogromnym domu, gdzie grała muzyka i gdzie pięknie tańczyli ludzie w bogatych strojach. Razu jednego wyprowadziła mnie moja piastunka za mury tego wspaniałego miasta, abym zobaczyła kwiaty na łąkach. Biegałam wesoło i odbiegłam pewnie zbyt daleko, bo straciłam piastunkę z oczu. Zabłądziłam. Nagle ktoś mi narzucił płachtę na głowę i porwał mnie. Długo mnie nieśli, a kiedy mi ją zdjęto z głowy, ujrzałam, że jestem w tym osiedlu, w mocy strasznej czarownicy i jej syna, Goliata. Straszne przeszłam cierpienia; bili mnie i głodzili, bo wciąż płakałam i wołałam pomocy. Przestałam płakać, kiedy poznałam, że nikt mnie nie usłyszy, chyba Pan Bóg. Może to On ciebie tu przysłał, aby mi było lżej.
— A nie wiesz, słodka panienko, kim byli twoi rodzice?
— Musieli to być potężni jacyś ludzie, bo wszyscy się im kłaniali, a na mój widok uśmiechali się wszyscy. I musieli być bogaci, bo kiedy mnie porwano, miałam na sobie zieloną sukienkę, cudownie się mieniącą i naszywaną kamyczkami, z których każdy był innego koloru.
— Gdzie jest ta sukienka?
— Czarownica zdarła ją ze mnie i chowa ją w skrzyni w swojej norze. Powiedziała, że z niej uszyje moją ślubną suknię. O, ja nieszczęśliwa, Janeczku mój serdeczny! Chce mnie za
— A może nie zginął?
— O, dałby to Bóg. Potwór jednak z taką siłą rzucił go na skały, że pewnie biedny Robak ducha wyzionął. A czy ty mi teraz powiesz, mila panienko, kim ty jesteś i skąd się tu wzięłaś wśród tych okropnych czarowników?
— Jestem tu u nich może z pięć, a może ze sześć lat. Nazywam się Zosia, bo to pamiętam, że tak na mnie wołali.
— A kto i gdzie tak ciebie nazywał?
— Moja matka i mój ojciec, i wszyscy dobrzy ludzie, kiedy byłam malutka. Mieszkałam w wielkim mieście, w którym są trzy złote wieże, w jakimś ogromnym domu, gdzie grała muzyka i gdzie pięknie tańczyli ludzie w bogatych strojach. Razu jednego wyprowadziła mnie moja piastunka za mury tego wspaniałego miasta, abym zobaczyła kwiaty na łąkach. Biegałam wesoło i odbiegłam pewnie zbyt daleko, bo straciłam piastunkę z oczu. Zabłądziłam. Nagle ktoś mi narzucił płachtę na głowę i porwał mnie. Długo mnie nieśli, a kiedy mi ją zdjęto z głowy, ujrzałam, że jestem w tym osiedlu, w mocy strasznej czarownicy i jej syna, Goliata. Straszne przeszłam cierpienia; bili mnie i głodzili, bo wciąż płakałam i wołałam pomocy. Przestałam płakać, kiedy poznałam, że nikt mnie nie usłyszy, chyba Pan Bóg. Może to On ciebie tu przysłał, aby mi było lżej.
— A nie wiesz, słodka panienko, kim byli twoi rodzice?
— Musieli to być potężni jacyś ludzie, bo wszyscy się im kłaniali, a na mój widok uśmiechali się wszyscy. I musieli być bogaci, bo kiedy mnie porwano, miałam na sobie zieloną sukienkę, cudownie się mieniącą i naszywaną kamyczkami, z których każdy był innego koloru.
— Gdzie jest ta sukienka?
— Czarownica zdarła ją ze mnie i chowa ją w skrzyni w swojej norze. Powiedziała, że z niej uszyje moją ślubną suknię. O, ja nieszczęśliwa, Janeczku mój serdeczny! Chce mnie za
Strony: