Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
że kiedy jej tą maścią oczy posmaruję, zakocha się w tobie bez pamięci. Hu! hu! czas na mnie, czas na mnie! Roba, daroba, ryba, taryba! Szuru buru bęc!
Janek patrzył przerażony, jak się jej straszliwy nos zamienia w krzywy, okropny dziób, ogromna głowa w głowę olbrzymiej sowy, ręce w skrzydła, a nogi porastają pierzem i w ostre krzywią się pazury.
— Jezus, Maria! — szepnął przerażony.
Sowa, usłyszawszy to, wrzasnęła przeraźliwie i zerwała się do lotu, a jej syn potwór zatoczył się, jakby ogłuszony piorunem.
— Język ci wyrwę, szczeniaku! — zakrzyknął, uciekając.
Sowa przepadła wśród mroku opadającej z nieba nocy, została tylko dziewczynka, nie mogąca promiennych swoich oczu oderwać od dzielnego chłopca.
— Kto ty jesteś? — zapytała cicho. — Mów, nie obawiaj się... Kłapouchy teraz nie powróci, bo o zmroku zapada w kamienny sen, a ten pies niewiele ma rozumu. Tylko się nie poruszaj, bo wtedy cię zagryzie.
Widać jednak, że nawet piekielny ten pies z dzikim sercem, zakrwawionym złością, ulegał urokowi jej słodyczy, bo chociaż patrzył pilnie i wciąż łypał oczyma, jednak nie warczał. Byłby zagryzł i ją, i jego, gdyby chcieli się zbliżyć do siebie, lecz pozwalał na rozmowę.
— Kto ty jesteś? — zapytała słodkim głosem dziewczynka. — Mów prędko, bo wiedźma odleciała, ale nigdy nie wiadomo, kiedy powróci. Może nie dziś, może nie jutro, ale może wrócić przed północą.
Janek zaczął jej opowiadać o śmierci swojej matki, o ciężkiej podróży przez puszczę i o napadzie potwora, i o nieszczęsnym Robaku.
— Dziwny to był pies — mówił — kochał mnie jak brata i każde moje rozumiał słowo. Zginął w mojej obronie. O, Robaku, serdeczny psie! uczciwe miałeś serce i wierne aż do ostatniego tchnienia.
Mówiąc to miał łzy na rzęsach. Dziewczynka słuchała chciwie, wzruszona tą
Janek patrzył przerażony, jak się jej straszliwy nos zamienia w krzywy, okropny dziób, ogromna głowa w głowę olbrzymiej sowy, ręce w skrzydła, a nogi porastają pierzem i w ostre krzywią się pazury.
— Jezus, Maria! — szepnął przerażony.
Sowa, usłyszawszy to, wrzasnęła przeraźliwie i zerwała się do lotu, a jej syn potwór zatoczył się, jakby ogłuszony piorunem.
— Język ci wyrwę, szczeniaku! — zakrzyknął, uciekając.
Sowa przepadła wśród mroku opadającej z nieba nocy, została tylko dziewczynka, nie mogąca promiennych swoich oczu oderwać od dzielnego chłopca.
— Kto ty jesteś? — zapytała cicho. — Mów, nie obawiaj się... Kłapouchy teraz nie powróci, bo o zmroku zapada w kamienny sen, a ten pies niewiele ma rozumu. Tylko się nie poruszaj, bo wtedy cię zagryzie.
Widać jednak, że nawet piekielny ten pies z dzikim sercem, zakrwawionym złością, ulegał urokowi jej słodyczy, bo chociaż patrzył pilnie i wciąż łypał oczyma, jednak nie warczał. Byłby zagryzł i ją, i jego, gdyby chcieli się zbliżyć do siebie, lecz pozwalał na rozmowę.
— Kto ty jesteś? — zapytała słodkim głosem dziewczynka. — Mów prędko, bo wiedźma odleciała, ale nigdy nie wiadomo, kiedy powróci. Może nie dziś, może nie jutro, ale może wrócić przed północą.
Janek zaczął jej opowiadać o śmierci swojej matki, o ciężkiej podróży przez puszczę i o napadzie potwora, i o nieszczęsnym Robaku.
— Dziwny to był pies — mówił — kochał mnie jak brata i każde moje rozumiał słowo. Zginął w mojej obronie. O, Robaku, serdeczny psie! uczciwe miałeś serce i wierne aż do ostatniego tchnienia.
Mówiąc to miał łzy na rzęsach. Dziewczynka słuchała chciwie, wzruszona tą
Strony: