Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
napełnione oczy, a bledziutką twarzyczkę znaczoną śladami uderzeń pokrzywą. Szła za wiedźmą bezwolnie, jakby pół żywa. Ujrzawszy Janka, przystanęła i zawołała cichutko:
— Och, nieszczęśliwy!
Za to otrzymała uderzenie pokrzywami po bosych nogach, zdawało się jednak, że tym razem tego nie czuła, wpatrzona w zbiedzonego chłopca. Wielkie, jasne łzy napełniły jej oczy. Janek zaś widząc to straszne znęcanie się nad bezbronną istotą, nie zastanowiwszy się, że jest słaby i bezsilny, tylko szlachetnym uniesiony oburzeniem, skoczył ku wiedźmie, wyrwał z jej rąk parzące pokrzywy, precz odrzucił, potem własnym, biednym ciałem zasłonił dziewczynkę, gotów na śmierć. Przekonany był, że go śmierć czeka niechybna, czekał jej tedy z jasnym spojrzeniem, bez trwogi; cały był drżący, lecz z gniewu. Czuł, jak nieszczęśliwa dziewczynka przytuliła się do niego, więc sobie zakrzyknął w duszy, że będzie jej obrońcą do ostatniego tchnienia. Patrzył teraz roziskrzonym wzrokiem, skąd padnie cios; ale te straszne monstra nie uderzały; olbrzymia głowa wiedźmy przybrała wyraz nieskończonego zdumienia, a dwułokciowy nos chwiał się i wił się jak wąż. Drugi potwór rozdziawił swoją paszczę, w której widać było sto kłów, tworzących jak gdyby palisadę.
Wreszcie wiedźma wydała z siebie drący uszy pisk: — Zabij go, synku Goliacie!
Ale jej syn, potwór sowiooki, zarechotał jak żaba, co miało oznaczać śmiech, i rzekł:
— Jeszcze nie teraz, matko. Mam sto zębów, a taki chruściel wystarczyłby zaledwie na jeden. Najpierw go utuczę, potem zedrę z niego skórę, popieprzę, posolę i nadzieję pachnącą trawą.
— Aha! aha! — zaskrzeczała stara — smaczny będzie, smaczny będzie. Ona go będzie tuczyć.
— O, dolo moja! — zapłakała dziewczynka.
Wiedźma pociągnęła postronek, tak że dziewczynka upadła na kolana; wtedy syn
— Och, nieszczęśliwy!
Za to otrzymała uderzenie pokrzywami po bosych nogach, zdawało się jednak, że tym razem tego nie czuła, wpatrzona w zbiedzonego chłopca. Wielkie, jasne łzy napełniły jej oczy. Janek zaś widząc to straszne znęcanie się nad bezbronną istotą, nie zastanowiwszy się, że jest słaby i bezsilny, tylko szlachetnym uniesiony oburzeniem, skoczył ku wiedźmie, wyrwał z jej rąk parzące pokrzywy, precz odrzucił, potem własnym, biednym ciałem zasłonił dziewczynkę, gotów na śmierć. Przekonany był, że go śmierć czeka niechybna, czekał jej tedy z jasnym spojrzeniem, bez trwogi; cały był drżący, lecz z gniewu. Czuł, jak nieszczęśliwa dziewczynka przytuliła się do niego, więc sobie zakrzyknął w duszy, że będzie jej obrońcą do ostatniego tchnienia. Patrzył teraz roziskrzonym wzrokiem, skąd padnie cios; ale te straszne monstra nie uderzały; olbrzymia głowa wiedźmy przybrała wyraz nieskończonego zdumienia, a dwułokciowy nos chwiał się i wił się jak wąż. Drugi potwór rozdziawił swoją paszczę, w której widać było sto kłów, tworzących jak gdyby palisadę.
Wreszcie wiedźma wydała z siebie drący uszy pisk: — Zabij go, synku Goliacie!
Ale jej syn, potwór sowiooki, zarechotał jak żaba, co miało oznaczać śmiech, i rzekł:
— Jeszcze nie teraz, matko. Mam sto zębów, a taki chruściel wystarczyłby zaledwie na jeden. Najpierw go utuczę, potem zedrę z niego skórę, popieprzę, posolę i nadzieję pachnącą trawą.
— Aha! aha! — zaskrzeczała stara — smaczny będzie, smaczny będzie. Ona go będzie tuczyć.
— O, dolo moja! — zapłakała dziewczynka.
Wiedźma pociągnęła postronek, tak że dziewczynka upadła na kolana; wtedy syn
Strony: