Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
Janka, poniósł go przez jary i wądoły do sadyby, do tej właśnie, do której tak chytrze na krótką rozmowę przedostał się Robak. Tam go cisnął omdlałego na ziemię i głosem tak przeraźliwym, że przelatująca właśnie nad sadybą wrona fiknęła ze strachu kozła w powietrzu i umknęła przerażona, zakrzyknął:
— Hej, matko, a wyjrzyj no tutaj!
Z jakiejś osmolonej budy wyleciał głos taki ochrypły, jakby też był na węglach przypalony:
— Zaraz, zaraz, tylko wezmę dziewczynę na postronek!
Omdlałego Janka obudziły te piekielne głosy; otworzył ciężko oczy i zobaczył pochylonego ponad sobą potwora, przed którym łasił się czarny jak smoła pies, mający wplątane w gęste kudły osty i źdźbła starej słomy. Psisko warczało, spoglądając na Janka krwawymi ślepiami i szczerząc kły tuż nad jego gardłem.
„Ratuj mnie, mateczko moja!” — modlił się chłopiec w duszy.
Potwór jednak kopnął psa w brzuch, tak że pies zemknął ze szczekliwym płaczem, potem trącił nogą Janka:
— Wstawaj, chmyzie! — zakrzyknął.
Janek podniósł się z trudem, lecz w tej samej chwili zachwiał się z przerażenia: ze smolistej budy wylazła wiedźma, bardzo mała i chuda, lecz z głową tak ogromną jak ceber; wyglądała tak, jakby w tej głowie mogła zmieścić całe swoje ciało i jeszcze zostałoby w niej miejsce na wór kartofli albo na beczkę kapusty; miała okrągłą twarz, z której zwieszał się nos miękki i mięsisty, długości krowiego ogona, wciąż się chwiejący, jak gdyby nim spędzała muchy; kiedy odsłoniły się jej usta, Janek ujrzał, że wiedźma ma cztery tylko zęby, dwa w górnej, a dwa w dolnej szczęce, zmurszałe i zielonego koloru. W jednej ręce trzymała pęk pokrzywy, a drugą ciągnęła na sznurze, zaciśniętym na szyi ofiary, prześliczną dziewczynę w wieku Janka, okrytą łachmanami; miała wielkie, niebieskie, ciągłą trwogą
— Hej, matko, a wyjrzyj no tutaj!
Z jakiejś osmolonej budy wyleciał głos taki ochrypły, jakby też był na węglach przypalony:
— Zaraz, zaraz, tylko wezmę dziewczynę na postronek!
Omdlałego Janka obudziły te piekielne głosy; otworzył ciężko oczy i zobaczył pochylonego ponad sobą potwora, przed którym łasił się czarny jak smoła pies, mający wplątane w gęste kudły osty i źdźbła starej słomy. Psisko warczało, spoglądając na Janka krwawymi ślepiami i szczerząc kły tuż nad jego gardłem.
„Ratuj mnie, mateczko moja!” — modlił się chłopiec w duszy.
Potwór jednak kopnął psa w brzuch, tak że pies zemknął ze szczekliwym płaczem, potem trącił nogą Janka:
— Wstawaj, chmyzie! — zakrzyknął.
Janek podniósł się z trudem, lecz w tej samej chwili zachwiał się z przerażenia: ze smolistej budy wylazła wiedźma, bardzo mała i chuda, lecz z głową tak ogromną jak ceber; wyglądała tak, jakby w tej głowie mogła zmieścić całe swoje ciało i jeszcze zostałoby w niej miejsce na wór kartofli albo na beczkę kapusty; miała okrągłą twarz, z której zwieszał się nos miękki i mięsisty, długości krowiego ogona, wciąż się chwiejący, jak gdyby nim spędzała muchy; kiedy odsłoniły się jej usta, Janek ujrzał, że wiedźma ma cztery tylko zęby, dwa w górnej, a dwa w dolnej szczęce, zmurszałe i zielonego koloru. W jednej ręce trzymała pęk pokrzywy, a drugą ciągnęła na sznurze, zaciśniętym na szyi ofiary, prześliczną dziewczynę w wieku Janka, okrytą łachmanami; miała wielkie, niebieskie, ciągłą trwogą
Strony: