Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
natężenia ozór na dwa łokcie; z pyska ciekła mu ślina.
— Ach! — westchnął Robak.
Czarny pies drgnął, jakby się obudził, i głucho warknął:
— Ocyganiłeś mnie, marny szczeniaku! Czekam i czekam i nic z tego. Gdzież są te smakowite gęsi? Muszę zjeść dziś ze dwie, bo jeśli nie zjem dwóch gęsi, to z całą pewnością zjem jednego psa. Zrozumiałeś, przybłędo?
— Zrozumiałem i wcale się nie dziwię, że tak w tobie rozgorzał apetyt na te wspaniałe ptaki. Nigdy nie jadłeś lepszych i tłustszych.
— Oh! oh! — sieknął czarny pies — nie mów tak, nie mów tak, bo oszaleję!
— Widać jednak, że stało się nieszczęście, bo, jak to sam widziałeś, wszystkie zlatują z nieba w tamtą stronę, a tu żadna nie spadła, bo pewnie widzą dom albo boją się ciebie, dostojny panie.
— Więc co robić?
Robak pomyślał chwilę i zapewne coś łajdackiego wymyślił, bo się uśmiechnął w ciemności.
— Gdybyś, o panie — rzekł tajemniczo — chciał posłuchać mojej rady, mógłbyś za chwilę złowić ich, ile byś tylko zapragnął.
— Mów prędko, mów prędko!
— Zauważyłem, że wszystkie padają niedaleko stąd, a teraz rozumiem dlaczego. Jest tam wśród jarów głęboka woda, na którą siadają. Gdybyśmy tam pobiegli, wyłapalibyśmy wszystkie. Czy możesz się oddalić?
Czarny obejrzał się trwożnie i cicho rzekł:
— Jestem wielkim panem i robię, co mi się podoba! Czy to daleko?
— Bliziuteńko... Biegniemy?
— W drogę!
Pognał przodem Robak, lekki jak duch, a za nim ciężko człapała tłusta zakała psiego rodu. Robak wiódł go nieomylnie, bo kiedy niedawno uganiał się w tych stronach za pożywieniem, poznał każdy przesmyk. Dzikimi wertepami wiódł czarnego diabła pomiędzy jary i rozpadliny, wreszcie zaczęli biec pod górę. W pewnym miejscu przystanął na skalnym występie
— Ach! — westchnął Robak.
Czarny pies drgnął, jakby się obudził, i głucho warknął:
— Ocyganiłeś mnie, marny szczeniaku! Czekam i czekam i nic z tego. Gdzież są te smakowite gęsi? Muszę zjeść dziś ze dwie, bo jeśli nie zjem dwóch gęsi, to z całą pewnością zjem jednego psa. Zrozumiałeś, przybłędo?
— Zrozumiałem i wcale się nie dziwię, że tak w tobie rozgorzał apetyt na te wspaniałe ptaki. Nigdy nie jadłeś lepszych i tłustszych.
— Oh! oh! — sieknął czarny pies — nie mów tak, nie mów tak, bo oszaleję!
— Widać jednak, że stało się nieszczęście, bo, jak to sam widziałeś, wszystkie zlatują z nieba w tamtą stronę, a tu żadna nie spadła, bo pewnie widzą dom albo boją się ciebie, dostojny panie.
— Więc co robić?
Robak pomyślał chwilę i zapewne coś łajdackiego wymyślił, bo się uśmiechnął w ciemności.
— Gdybyś, o panie — rzekł tajemniczo — chciał posłuchać mojej rady, mógłbyś za chwilę złowić ich, ile byś tylko zapragnął.
— Mów prędko, mów prędko!
— Zauważyłem, że wszystkie padają niedaleko stąd, a teraz rozumiem dlaczego. Jest tam wśród jarów głęboka woda, na którą siadają. Gdybyśmy tam pobiegli, wyłapalibyśmy wszystkie. Czy możesz się oddalić?
Czarny obejrzał się trwożnie i cicho rzekł:
— Jestem wielkim panem i robię, co mi się podoba! Czy to daleko?
— Bliziuteńko... Biegniemy?
— W drogę!
Pognał przodem Robak, lekki jak duch, a za nim ciężko człapała tłusta zakała psiego rodu. Robak wiódł go nieomylnie, bo kiedy niedawno uganiał się w tych stronach za pożywieniem, poznał każdy przesmyk. Dzikimi wertepami wiódł czarnego diabła pomiędzy jary i rozpadliny, wreszcie zaczęli biec pod górę. W pewnym miejscu przystanął na skalnym występie
Strony: