Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
do rana — szepnął sam do siebie Robak i jednym susem przelazł pod ostrokołem.
Jak błyskawica przebiegł wszystkie kąty i, kierując się więcej sercem, co w nim trzepotało się jak ptak, niż węchem, odnalazł Janka. Chłopiec leżał związany, obok niego walały się w brudnej misie jakieś ochłapy i stał dzbanek z wodą.
Robak przypadł mu do piersi i zdawać się mogło, że pies szlocha z radości.
— Robak! Robak najdroższy! — szeptał Janek.
A pies lizał mu twarz i ręce i skomlił cichutko. Niezmierne szczęście napełniło go całego, tak że aż drżeć począł. Wnet jednak rozsądek wziął górę nad miłością.
— Tak, to ja... — skomlił. — Muszę uciekać... jutro wrócę... czekaj mnie w nocy... Czy bardzo cierpisz?
— Cierpiałem bardzo, męczyli mnie, ale teraz już nie cierpię, kiedy ciebie widzę... Teraz wszystko się uda...
— Mów prędko, kto tu jest?
— Czarownica z synem...
— To ten, co nas napadł?
— Tak, to on... Okropny... Jest straszny pies...
— Straszny, ale trochę pomylony... Wiem, wiem... Kto jeszcze?
— Jeszcze jest anioł!
— Co to znaczy anioł? Czy to ptak?
— Nie, dziewczynka... Mówiłem jej o tobie... bardzo płakała...
— Nic nie rozumiem... jutro w nocy powrócę... bądź zdrów...
— Robaku, nie odchodź, nie odchodź!
— Muszę... Tam na mnie czeka śmierć... Bądź zdrów!
Polizał go ozorem po twarzy i nagle zatrzymał się w skoku.
— Ty płaczesz? Wstyd!
— To z radości.
— Jeśli tak, to sobie płacz!... Zmykam!
Jak cień mignął, jak wąż przesunął się pod ostrokołem i, zdyszany bardzo, spojrzał niespokojnie, co robi czarny diabeł psiego pochodzenia; jeśli widział jego wyprawę, trzeba będzie dać porwać się na strzępy. Nie! nie widział. Jak oczarowany patrzył w gwiazdy i wywalił z wielkiego
Jak błyskawica przebiegł wszystkie kąty i, kierując się więcej sercem, co w nim trzepotało się jak ptak, niż węchem, odnalazł Janka. Chłopiec leżał związany, obok niego walały się w brudnej misie jakieś ochłapy i stał dzbanek z wodą.
Robak przypadł mu do piersi i zdawać się mogło, że pies szlocha z radości.
— Robak! Robak najdroższy! — szeptał Janek.
A pies lizał mu twarz i ręce i skomlił cichutko. Niezmierne szczęście napełniło go całego, tak że aż drżeć począł. Wnet jednak rozsądek wziął górę nad miłością.
— Tak, to ja... — skomlił. — Muszę uciekać... jutro wrócę... czekaj mnie w nocy... Czy bardzo cierpisz?
— Cierpiałem bardzo, męczyli mnie, ale teraz już nie cierpię, kiedy ciebie widzę... Teraz wszystko się uda...
— Mów prędko, kto tu jest?
— Czarownica z synem...
— To ten, co nas napadł?
— Tak, to on... Okropny... Jest straszny pies...
— Straszny, ale trochę pomylony... Wiem, wiem... Kto jeszcze?
— Jeszcze jest anioł!
— Co to znaczy anioł? Czy to ptak?
— Nie, dziewczynka... Mówiłem jej o tobie... bardzo płakała...
— Nic nie rozumiem... jutro w nocy powrócę... bądź zdrów...
— Robaku, nie odchodź, nie odchodź!
— Muszę... Tam na mnie czeka śmierć... Bądź zdrów!
Polizał go ozorem po twarzy i nagle zatrzymał się w skoku.
— Ty płaczesz? Wstyd!
— To z radości.
— Jeśli tak, to sobie płacz!... Zmykam!
Jak cień mignął, jak wąż przesunął się pod ostrokołem i, zdyszany bardzo, spojrzał niespokojnie, co robi czarny diabeł psiego pochodzenia; jeśli widział jego wyprawę, trzeba będzie dać porwać się na strzępy. Nie! nie widział. Jak oczarowany patrzył w gwiazdy i wywalił z wielkiego
Strony: