Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
straszliwego tęgo, obwiesia pognębić sprytem. Skąd jednak wziąć ten spryt? Gdybyś, biedaczyno, miał cokolwiek w żołądku, to i spryt by się znalazł. Żołądek nie jest tak daleko od głowy, jakby się to na pozór zdawało. Janek jest mądry, więc się od razu nie da zabić, już on coś tam wymyśli, a ja tymczasem spróbuję odnaleźć bohaterskiego ducha, którego ten straszny bałwan ze mnie wytrząsł”.
Wedle tej recepty mądry Robak spał przez cały dzień i przez część nocy, potem, znacznie już żwawszy, poszedł na nocne polowanie, a jako stary, w wielu przygodach zaprawny myśliwy, dokonał tej nocy rzeczy krwawych w słusznym mniemaniu, że pies nie jada kwiatków i jest psem. Robak w tym względzie nie był obłudny.
Otrząsnął się, jakby chciał z siebie razem z pchłami wytrząść resztki rozpaczy i znużenia, kłapnął zębami, jakby pragnął sprawdzić ich siłę, i rzekł: — Jestem gotów na śmierć!
Powrócił w to miejsce, gdzie ich potwór pognębił, podniósł pysk, długo węszył, potem rzucił się w mroki nocy, jak nurek w czarną wodę. Biegł długo zygzakami, aż dobiegł do jakiejś ponurej zagrody, otoczonej ostrokołem.
— Tu mieszka potwór! — rzekł do siebie.
W tej chwili poczuł woń psa. Uskoczył w bok i natężył wzrok; z dziury, wygrzebanej pod ostrokołem, wyczołgało się olbrzymie psisko, czarne jak smoła, z zielonymi latarniami oczu. Poczuwszy Robaka, warknął głucho, obnażył śnieżne kły i cisnął się na niego całym rozpędem. Robak, zwinny i bystry, mignął tylko, jak błyskawica, i odskoczył tak, że czarne psisko uderzyło w próżnię. Znowu skoczyło i znowu nie było Robaka. Powtórzyło ten napad kilka razy, coraz bardziej zdumione. Najbardziej jednak zdumiało je to, że z najmniej spodziewanej strony ozwał się szyderczy głos:
— To tak witasz swojego stryjecznego brata?
— Hę? — zdziwił się czarny pies. —
Wedle tej recepty mądry Robak spał przez cały dzień i przez część nocy, potem, znacznie już żwawszy, poszedł na nocne polowanie, a jako stary, w wielu przygodach zaprawny myśliwy, dokonał tej nocy rzeczy krwawych w słusznym mniemaniu, że pies nie jada kwiatków i jest psem. Robak w tym względzie nie był obłudny.
Otrząsnął się, jakby chciał z siebie razem z pchłami wytrząść resztki rozpaczy i znużenia, kłapnął zębami, jakby pragnął sprawdzić ich siłę, i rzekł: — Jestem gotów na śmierć!
Powrócił w to miejsce, gdzie ich potwór pognębił, podniósł pysk, długo węszył, potem rzucił się w mroki nocy, jak nurek w czarną wodę. Biegł długo zygzakami, aż dobiegł do jakiejś ponurej zagrody, otoczonej ostrokołem.
— Tu mieszka potwór! — rzekł do siebie.
W tej chwili poczuł woń psa. Uskoczył w bok i natężył wzrok; z dziury, wygrzebanej pod ostrokołem, wyczołgało się olbrzymie psisko, czarne jak smoła, z zielonymi latarniami oczu. Poczuwszy Robaka, warknął głucho, obnażył śnieżne kły i cisnął się na niego całym rozpędem. Robak, zwinny i bystry, mignął tylko, jak błyskawica, i odskoczył tak, że czarne psisko uderzyło w próżnię. Znowu skoczyło i znowu nie było Robaka. Powtórzyło ten napad kilka razy, coraz bardziej zdumione. Najbardziej jednak zdumiało je to, że z najmniej spodziewanej strony ozwał się szyderczy głos:
— To tak witasz swojego stryjecznego brata?
— Hę? — zdziwił się czarny pies. —
Strony: