Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
dolinę?
— Chodźmy, piesku najmilszy! Skończyły się nasze utrapienia. Nie może być, aby w tak rozkosznym kraju źle było uczciwym Bożym stworzeniom.
Nowe wstąpiły w nich siły, kiedy zaczęli szybko schodzić chłodnym jarem ku jakiejś wielkiej wodzie, która w słonecznym blasku ciekąca i pomarszczona lekkim wiatrem tak wyglądała, jak srebrną łuską okryta ogromna ryba. Spieszyli ku tej wodzie, jak gdyby z nią miód płynął i mleko. Janek szedł wzruszony, po raz pierwszy w swym życiu kraj widząc otwarty i bez końca, niebem lazurowym nakryty, napełniony rzeźwością i przeczystym powietrzem — Robak zaś, jeszcze chudszy w pełnym świetle niż w mrokach lasu, podskakiwał zabawnie, a tak ostrożnie, jak gdyby się bał, że przy gwałtowniejszym ruchu porozlatują mu się bezmięsne kości.
Ubiegli już szmat drogi, kiedy nagle Robak stężał w bezruchu, nastawił uszy i węszył pilnie.
— Co się stało? — szepnął Janek.
Wtem ozwał się ryk przeraźliwy, jakby spod ziemi; z jakiejś wyrwy czy z jakiegoś wykrotu podniósł się ogromny człowiek: miał długie, kosmate, ośle uszy, oczy okrągłe jak sowa i straszliwą paszczę od ucha do ucha, w której błyskało najmniej sto ostrych kłów; wcale nie odziany, obrosły jak niedźwiedź, wyciągnął przed siebie długie ręce, zakończone siedmioma palcami złączonymi błoną.
— Jezus, Maria! — krzyknął Janek, widząc, że te straszliwe ręce sięgają ku jego gardłu.
Potwór już, już miał go uchwycić, kiedy nagle wydał głuchy ryk; to Robak, zebrawszy resztki sił, z rozpaczą w rozbłyśniętych krwawo oczach, widząc niechybną zagładę Janka, cisnął się jak kula na pierś straszliwej zjawy i wpił w nią zęby; kosmata bestia chwyciła go jednak za gardło, tak że szlachetny pies jęknął tylko, potem, ciśnięty wściekłym ruchem potwora, padł daleko na skały. Krew mu się rzuciła z pyska, a oczy
— Chodźmy, piesku najmilszy! Skończyły się nasze utrapienia. Nie może być, aby w tak rozkosznym kraju źle było uczciwym Bożym stworzeniom.
Nowe wstąpiły w nich siły, kiedy zaczęli szybko schodzić chłodnym jarem ku jakiejś wielkiej wodzie, która w słonecznym blasku ciekąca i pomarszczona lekkim wiatrem tak wyglądała, jak srebrną łuską okryta ogromna ryba. Spieszyli ku tej wodzie, jak gdyby z nią miód płynął i mleko. Janek szedł wzruszony, po raz pierwszy w swym życiu kraj widząc otwarty i bez końca, niebem lazurowym nakryty, napełniony rzeźwością i przeczystym powietrzem — Robak zaś, jeszcze chudszy w pełnym świetle niż w mrokach lasu, podskakiwał zabawnie, a tak ostrożnie, jak gdyby się bał, że przy gwałtowniejszym ruchu porozlatują mu się bezmięsne kości.
Ubiegli już szmat drogi, kiedy nagle Robak stężał w bezruchu, nastawił uszy i węszył pilnie.
— Co się stało? — szepnął Janek.
Wtem ozwał się ryk przeraźliwy, jakby spod ziemi; z jakiejś wyrwy czy z jakiegoś wykrotu podniósł się ogromny człowiek: miał długie, kosmate, ośle uszy, oczy okrągłe jak sowa i straszliwą paszczę od ucha do ucha, w której błyskało najmniej sto ostrych kłów; wcale nie odziany, obrosły jak niedźwiedź, wyciągnął przed siebie długie ręce, zakończone siedmioma palcami złączonymi błoną.
— Jezus, Maria! — krzyknął Janek, widząc, że te straszliwe ręce sięgają ku jego gardłu.
Potwór już, już miał go uchwycić, kiedy nagle wydał głuchy ryk; to Robak, zebrawszy resztki sił, z rozpaczą w rozbłyśniętych krwawo oczach, widząc niechybną zagładę Janka, cisnął się jak kula na pierś straszliwej zjawy i wpił w nią zęby; kosmata bestia chwyciła go jednak za gardło, tak że szlachetny pies jęknął tylko, potem, ciśnięty wściekłym ruchem potwora, padł daleko na skały. Krew mu się rzuciła z pyska, a oczy
Strony: