Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
oszaleję, to z wściekłości!
— A cóż ciebie tak wściekło?
— Jak to co? Nie słyszałeś, o czym ryczała niedawno ta beczka sadła, którą głupio nazywają niedźwiedziem?
— Słyszałem, i cóż z tego? Co to obchodzi zająca?
— Bardzo mnie właśnie obchodzi, bo dzisiaj, dzisiaj właśnie miałem apetyt na kawał ludzkiego mięsa i dobry łyk psiej krwi.
— Ty, zając?
— Tak, ja!
— Zające! ratujmy się, to wariat! Chcesz zjeść człowieka?
— Zjem go! zjem go!
Skoczybruzda, wykrzykując straszliwe swoje groźby, dawał równocześnie jakieś tajemnicze znaki osłupiałym zającom i wciąż spozierał na boki. Patrzyły na niego przerażone, niczego nie rozumiejąc, aż się uspokoił po chwili i cicho powiada:
— Czy byłem dość straszny i okrutny?
— Przeraźliwie byłeś straszny i niebywale okrutny, ale po co wyprawiałeś te sztuki?
— Zaraz wam powiem: nie opodal, w krzakach, zobaczyłem lisa, dlatego więc krzyczałem, że zjem człowieka, aby się nastraszył, zrozumiawszy, jaka jest we mnie wściekłość i siła. Przeraził się i uciekł! Odtąd będzie mnie unikał jak śmierci! Ja jestem bohater!
— Ty jesteś kapuściana głowa. Twój ojciec musiał dużo zjeść kapusty, jeśli syn ma taką głowę...
— W nogi! — wrzasnął nagle bohaterski zając.
Nie pytając, co się stało, zające pognały jak szalone i, kiedy ubiegły ze dwie mile, przystanęły zdyszane.
— Co to było? — szeptały, ledwie zipiąc.
— Człowiek z psem! — rzekł bohater. — Człowiek wielki, jak góra, a pies taki ogromny, jak dwa wilki, i ogień buchał mu z pyska.
Ani Janek, ani Robak nie wiedzieli o niczym; ani o tym, że byli pod opieką lasu, ani o tym, że Wojtek Skoczybruzda dybał na ich życie. Dziwił się Janek nieco, że ile razy z nagła napotykali zwierza, wnet każdy przepadał jak cień,
— A cóż ciebie tak wściekło?
— Jak to co? Nie słyszałeś, o czym ryczała niedawno ta beczka sadła, którą głupio nazywają niedźwiedziem?
— Słyszałem, i cóż z tego? Co to obchodzi zająca?
— Bardzo mnie właśnie obchodzi, bo dzisiaj, dzisiaj właśnie miałem apetyt na kawał ludzkiego mięsa i dobry łyk psiej krwi.
— Ty, zając?
— Tak, ja!
— Zające! ratujmy się, to wariat! Chcesz zjeść człowieka?
— Zjem go! zjem go!
Skoczybruzda, wykrzykując straszliwe swoje groźby, dawał równocześnie jakieś tajemnicze znaki osłupiałym zającom i wciąż spozierał na boki. Patrzyły na niego przerażone, niczego nie rozumiejąc, aż się uspokoił po chwili i cicho powiada:
— Czy byłem dość straszny i okrutny?
— Przeraźliwie byłeś straszny i niebywale okrutny, ale po co wyprawiałeś te sztuki?
— Zaraz wam powiem: nie opodal, w krzakach, zobaczyłem lisa, dlatego więc krzyczałem, że zjem człowieka, aby się nastraszył, zrozumiawszy, jaka jest we mnie wściekłość i siła. Przeraził się i uciekł! Odtąd będzie mnie unikał jak śmierci! Ja jestem bohater!
— Ty jesteś kapuściana głowa. Twój ojciec musiał dużo zjeść kapusty, jeśli syn ma taką głowę...
— W nogi! — wrzasnął nagle bohaterski zając.
Nie pytając, co się stało, zające pognały jak szalone i, kiedy ubiegły ze dwie mile, przystanęły zdyszane.
— Co to było? — szeptały, ledwie zipiąc.
— Człowiek z psem! — rzekł bohater. — Człowiek wielki, jak góra, a pies taki ogromny, jak dwa wilki, i ogień buchał mu z pyska.
Ani Janek, ani Robak nie wiedzieli o niczym; ani o tym, że byli pod opieką lasu, ani o tym, że Wojtek Skoczybruzda dybał na ich życie. Dziwił się Janek nieco, że ile razy z nagła napotykali zwierza, wnet każdy przepadał jak cień,
Strony: