Bardzo dziwne bajki

Autor: Kornel Makuszyński

mi spłynęła, aby cię więcej jeszcze kochało...
— A czemu masz usta spękane, mateńko?
— Bo ci właśnie chciałam rzec słowo tak gorące, że mi aż usta spaliło... Dziecko moje jedyne... Błogosławię ci, błogosławię ci... Miej go w opiece, Matko Przenajświętsza!...
Zasnęła potem cichutko i tak mocno, że jej nie zbudził ani chłód nocy, ani wielkie śpiewanie ptaków o poranku, ani żar słońca. Ani jej nie zbudziła najpierw cichutka, potem coraz to głośniejsza prośba jej syna. Kiedy dziecko ukochane nie może obudzić swojej matki, to tylko dlatego, że już na wieki usnęła.
Pewnie ptaki dały znać dobrym jakimś ludziom o wielkim nieszczęściu, bo nazajutrz zjawili się, aby pogrzebać zmarłą. Byli to smolarze i bartnicy, gdzieś w głębi puszczy siedzący, czarni, jakby uwędzeni w dymie, srodzy na twarzach, lecz w sercach poczciwi. Pokiwali głowami nad sierotą, bardzo zafrasowani.
— Cóż ty teraz poczniesz, sieroto? — pytali.
— Mówiła matka, abym w świat poszedł — rzekł Janek.
— A nie zginiesz po drodze?
— Powiedziała matka moja, że mnie Bóg ochroni, a ona będzie ze mną.
— Tak mówiła? Tedy idź, chłopcze... Przygarnęlibyśmy ciebie, lecz nędza z biedą u nas mieszka... Idź z Bogiem... Niejeden już od nas poszedł i przepadł, ale może tobie się uda. Dobrze ci z oczu patrzy. A ile ty masz lat?
— Będzie z dziesięć.
— A czyj to ten pies?
— Teraz mój. Pójdziemy razem na wędrówkę.
Robak nie brał udziału w rozmowie, bo miał swój wielki rozum i wiedział, co wiedział. Był już gotów do drogi, bo zostawać nie było po co. Czekał cierpliwie, aż obcy, leśni ludzie odejdą, aż Janek wszystkie pożegna kąty i wszystkie dokoła lepianki rosnące drzewa. Musiał mieć w chwili rozstania wielką w sercu żałobę, bo na rzęsach wciąż nowe miał łzy. Wreszcie jednak skrzepił w sobie


Strony: