Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
nie dogadał z milczącą i napuszoną sową.
Robak widział, że coś złego dzieje się w leśnej lepiance.
Dnia jednego zapracowana i wygłodzona matka Janka uśmiechała się do syna z niezmierną słodyczą. Ile razy się uśmiechnęła, odwracała głowę i śmiech zamieniał się w grubą, czystą łzę. Tak to wyglądało, jak gdyby na prześliczny kwiat padła nagle brylantowa kropla rosy. Dobre psisko patrzyło pilnie, bo mu się dziwnie nie podobał taki śmiech, co się we łzy zamienia. Przysłuchiwał się potem rozmowie matki z synem, długiej i serdecznej rozmowie. Kobiecina nauczała swoje dziecko, że nikt na świecie nie zginie, nad kim Pan Bóg czuwa, i że nikt krzywdy nie uczyni sierocie.
Tak do niego mówiła:
— Gdybym ja, Janeczku mój najdroższy, zasnęła tak mocno, że nie obudziłabym się już nigdy, nie próbuj mnie budzić. Ja już wtedy będę u Pana Boga i do nóg Mu padnę, i będę prosiła, abyś ty tylko nie zginął. Wykopiesz mi grób pod dębem i ziemią mnie ukochaną nakryjesz. Będzie mi ciepło i wygodnie, kiedy ty to zrobisz. A potem idź na szeroki świat, a ja zawsze będę przy tobie. Nie będziesz mnie widział ale ja będę z tobą wszędzie i zawsze. Czemu płaczesz, chłopczysko ty moje najukochańsze? Widzisz, dzieciątko moje, spracowana jestem bardzo i muszę odpocząć. Wiele nie przespałam nocy, więc zasnę głęboko. Zostaniesz sam, lecz nie bój się tego. Las cię kocha i krzywdy ci nie uczyni... A kiedy będziesz dobry i też nikogo nie skrzywdzisz, przygarną cię dobrzy ludzie i żyć będziesz szczęśliwie i długo. Patrz, jaka jestem spokojna i wesoła...
— A czemu płaczesz, mateńko?
— To pewnie deszcz pada i dwie kropelki na twarz moją upadły...
— A czemu taka jesteś blada, mateńko?
— To pewnie słońce tak przez liście prześwieca...
— A czemu masz takie ręce jak lód, mateńko?
— Bo cała krew do serca
Robak widział, że coś złego dzieje się w leśnej lepiance.
Dnia jednego zapracowana i wygłodzona matka Janka uśmiechała się do syna z niezmierną słodyczą. Ile razy się uśmiechnęła, odwracała głowę i śmiech zamieniał się w grubą, czystą łzę. Tak to wyglądało, jak gdyby na prześliczny kwiat padła nagle brylantowa kropla rosy. Dobre psisko patrzyło pilnie, bo mu się dziwnie nie podobał taki śmiech, co się we łzy zamienia. Przysłuchiwał się potem rozmowie matki z synem, długiej i serdecznej rozmowie. Kobiecina nauczała swoje dziecko, że nikt na świecie nie zginie, nad kim Pan Bóg czuwa, i że nikt krzywdy nie uczyni sierocie.
Tak do niego mówiła:
— Gdybym ja, Janeczku mój najdroższy, zasnęła tak mocno, że nie obudziłabym się już nigdy, nie próbuj mnie budzić. Ja już wtedy będę u Pana Boga i do nóg Mu padnę, i będę prosiła, abyś ty tylko nie zginął. Wykopiesz mi grób pod dębem i ziemią mnie ukochaną nakryjesz. Będzie mi ciepło i wygodnie, kiedy ty to zrobisz. A potem idź na szeroki świat, a ja zawsze będę przy tobie. Nie będziesz mnie widział ale ja będę z tobą wszędzie i zawsze. Czemu płaczesz, chłopczysko ty moje najukochańsze? Widzisz, dzieciątko moje, spracowana jestem bardzo i muszę odpocząć. Wiele nie przespałam nocy, więc zasnę głęboko. Zostaniesz sam, lecz nie bój się tego. Las cię kocha i krzywdy ci nie uczyni... A kiedy będziesz dobry i też nikogo nie skrzywdzisz, przygarną cię dobrzy ludzie i żyć będziesz szczęśliwie i długo. Patrz, jaka jestem spokojna i wesoła...
— A czemu płaczesz, mateńko?
— To pewnie deszcz pada i dwie kropelki na twarz moją upadły...
— A czemu taka jesteś blada, mateńko?
— To pewnie słońce tak przez liście prześwieca...
— A czemu masz takie ręce jak lód, mateńko?
— Bo cała krew do serca
Strony: