Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
Ameryki, i ani zobaczył, kiedy przepłynął przez morze.
Kopytko został teraz bez pana i musiał sobie pójść precz. Figle mu były ciągle w głowie, więc się o nic nie troszczył, zabrał z sobą szydło, dratwę, trochę smoły i poszedł w świat.
Idzie, idzie i wszędzie zrobi coś złego.
Tam, gdzie się drogi rozchodzą, stoi zawsze słup, do którego ludzie przybijają drewnianą rękę, aby wskazywała drogę; zobaczył taką rękę Kopytko, oderwał ją i tak przybił z powrotem, że pokazywała na niebo. Przyszedł biedny człowiek, który zabłądził, aż tu patrzy: stoi słup z drewnianą ręką. Zdziwiło go to bardzo, że nie wskazywała ani na prawo, ani na lewo, tylko do góry, ale myślał, że tak jest pewnie dobrze i że należy iść w stronę nieba. Wdrapał się więc na słup i począł iść do góry, i tak idzie biedaczysko aż do tego czasu, bo niebo jest bez końca.
A Kopytko ciągle wędrował. Raz koło jednej wsi spotkał wielkiego kaczora, który się zataczał, idąc przez pole.
— Jak się nazywasz? — rzekł szewc.
— Wojciech Kwak! — rzekł kaczor.
— A czemu się zataczasz?
— Bo jestem pijany! — rzekł kaczor i zaczął tańczyć.
Szewczyk pomyślał sobie, że ten kaczor to jest taki sam nicpoń jak i on, więc mu powiedział:
— Chodź ze mną, będzie nam weselej!
— A dokąd ty idziesz? — spytał kaczor.
— Ja — rzekł szewczyk — idę tam, gdzie żyje jeden szewc, co ma buty.
— W takim razie to bardzo daleko! — rzekł kaczor — ale pójdę z tobą, bo masz takie uszy, jakich jeszcze nie widziałem.
Szli odtąd razem i bardzo im było wesoło; pokazało się, że kaczor był to może większy jeszcze łobuz, niż szewczyk, i obaj stroili takie figle, że ludzie przed nimi uciekali.
Idą tak sobie, idą, aż tu patrzą, śpi w lesie człowiek, bardzo stary i pewnie okropnie miły i dobry, bo
Kopytko został teraz bez pana i musiał sobie pójść precz. Figle mu były ciągle w głowie, więc się o nic nie troszczył, zabrał z sobą szydło, dratwę, trochę smoły i poszedł w świat.
Idzie, idzie i wszędzie zrobi coś złego.
Tam, gdzie się drogi rozchodzą, stoi zawsze słup, do którego ludzie przybijają drewnianą rękę, aby wskazywała drogę; zobaczył taką rękę Kopytko, oderwał ją i tak przybił z powrotem, że pokazywała na niebo. Przyszedł biedny człowiek, który zabłądził, aż tu patrzy: stoi słup z drewnianą ręką. Zdziwiło go to bardzo, że nie wskazywała ani na prawo, ani na lewo, tylko do góry, ale myślał, że tak jest pewnie dobrze i że należy iść w stronę nieba. Wdrapał się więc na słup i począł iść do góry, i tak idzie biedaczysko aż do tego czasu, bo niebo jest bez końca.
A Kopytko ciągle wędrował. Raz koło jednej wsi spotkał wielkiego kaczora, który się zataczał, idąc przez pole.
— Jak się nazywasz? — rzekł szewc.
— Wojciech Kwak! — rzekł kaczor.
— A czemu się zataczasz?
— Bo jestem pijany! — rzekł kaczor i zaczął tańczyć.
Szewczyk pomyślał sobie, że ten kaczor to jest taki sam nicpoń jak i on, więc mu powiedział:
— Chodź ze mną, będzie nam weselej!
— A dokąd ty idziesz? — spytał kaczor.
— Ja — rzekł szewczyk — idę tam, gdzie żyje jeden szewc, co ma buty.
— W takim razie to bardzo daleko! — rzekł kaczor — ale pójdę z tobą, bo masz takie uszy, jakich jeszcze nie widziałem.
Szli odtąd razem i bardzo im było wesoło; pokazało się, że kaczor był to może większy jeszcze łobuz, niż szewczyk, i obaj stroili takie figle, że ludzie przed nimi uciekali.
Idą tak sobie, idą, aż tu patrzą, śpi w lesie człowiek, bardzo stary i pewnie okropnie miły i dobry, bo
Strony: