Bardzo dziwne bajki
Autor: Kornel Makuszyński
bo wiedz, królewno, że nie ma na świecie takiej zapory, której by nie zwyciężyło dobre i szlachetne serce. Nie ma takiej góry lodowej, której by nie stopiły łzy serdeczne. A teraz żegnaj, królewno!
— Nie zostawiaj mnie samej, na Boga! umrę tu ze strachu! Łabędziu, dobry łabędziu!
— Nazywasz mnie dobrym łabędziem, a niedawno pragnęłaś mojej śmierci.
— Już jej nie pragnę! Już będę dobrą! będę kochała i ciebie, i wszystkich, tylko weź mnie z sobą!
— O, nie — rzekł łabędź — sam żal nie wystarczy! Musisz się poprawić! Musisz wzbudzić w sobie serce, nie na jeden dzień, lecz na całe życie. Wtedy, kiedy się dobrą staniesz, wtedy cię wypuszczę ze strasznej niewoli.
Skinął jej głową, rozwinął wspaniałe skrzydła i poleciał.
— Łabędziu, łabędziu! o, drogi łabędziu! — wołała za nim królewna.
A on, nie odwróciwszy się, znikł poza chmurami. Królewna pozostała sama. Ogarnęła ją noc i strach. W lodowej górze coś jęczało straszliwie i coś niezmiernie dzwoniło. Zimno ogromne zaczęło ją kąsać. Poczuła się taka nieszczęśliwa i taka biedna, jak nikt na świecie. Chciała się ogrzać i nie mogła; ręce miała sine i czuła, że jej z wielkiego zimna odpadną. Wtedy, sama nie wiedząc czemu, poczęła płakać, a łzy płynęły z jej oczu tak rzęsiste jak deszcz. Padła jej jedna łza na rączkę i zapiekła ją dziwnie.
— Te łzy są gorące! — zawołała królewna. I płakała coraz więcej, aż ciepłem tych łez gorących ogrzała sobie ręce. Czuła, że to jakieś inne łzy, jakieś lepsze i jakieś milsze.
Nie mogła zasnąć, więc zaczęła myśleć o tym wszystkim, co ją spotkało. Wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślała o ojcu i matce i przypomniała sobie, jak z rozpaczy wielkiej łamali ręce, kiedy ją łabędź unosił.
— Chciałabym im za to podziękować! — szepnęła i nagle
— Nie zostawiaj mnie samej, na Boga! umrę tu ze strachu! Łabędziu, dobry łabędziu!
— Nazywasz mnie dobrym łabędziem, a niedawno pragnęłaś mojej śmierci.
— Już jej nie pragnę! Już będę dobrą! będę kochała i ciebie, i wszystkich, tylko weź mnie z sobą!
— O, nie — rzekł łabędź — sam żal nie wystarczy! Musisz się poprawić! Musisz wzbudzić w sobie serce, nie na jeden dzień, lecz na całe życie. Wtedy, kiedy się dobrą staniesz, wtedy cię wypuszczę ze strasznej niewoli.
Skinął jej głową, rozwinął wspaniałe skrzydła i poleciał.
— Łabędziu, łabędziu! o, drogi łabędziu! — wołała za nim królewna.
A on, nie odwróciwszy się, znikł poza chmurami. Królewna pozostała sama. Ogarnęła ją noc i strach. W lodowej górze coś jęczało straszliwie i coś niezmiernie dzwoniło. Zimno ogromne zaczęło ją kąsać. Poczuła się taka nieszczęśliwa i taka biedna, jak nikt na świecie. Chciała się ogrzać i nie mogła; ręce miała sine i czuła, że jej z wielkiego zimna odpadną. Wtedy, sama nie wiedząc czemu, poczęła płakać, a łzy płynęły z jej oczu tak rzęsiste jak deszcz. Padła jej jedna łza na rączkę i zapiekła ją dziwnie.
— Te łzy są gorące! — zawołała królewna. I płakała coraz więcej, aż ciepłem tych łez gorących ogrzała sobie ręce. Czuła, że to jakieś inne łzy, jakieś lepsze i jakieś milsze.
Nie mogła zasnąć, więc zaczęła myśleć o tym wszystkim, co ją spotkało. Wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślała o ojcu i matce i przypomniała sobie, jak z rozpaczy wielkiej łamali ręce, kiedy ją łabędź unosił.
— Chciałabym im za to podziękować! — szepnęła i nagle
Strony: