Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

szyję posła, snadnie mu wyłożył, czego zapragnął kalif.
- Hojo! - jęknęli słudzy indyjskiego władcy, zaś Muriamadasi, szybko pojąwszy, o co rzecz idzie, uderzył trzy razy czołem, potem sznur ucałowawszy ze czcią, wyszedł na kolanach, aby się powiesić gdzie indziej i nic razić kalifa złym widokiem.
Zasię kalif, odetchnąwszy głęboko, spojrzał na wszystkich strasznym wzrokiem, po czym poprawił się na poduszkach i wysłał wezyra do wielbłądziej stajni, gdzie mędrzec indyjski czyścił dromedara, odrapując pracowicie ze sierści zeschłe w słońcu łajno.
Rzekł do niego wezyr słowo dostojne i bardzo głębokie:
- Jeśli jesteś tym, którego szukam, pójdź za mną.
- Zapewne jestem tym, jeśliś mnie znalazł - odrzekł mu mędrzec i wytarłszy ręce o długą brodę, szedł pokornie.

*

Kalif Al Mahar przyglądał się długo i bardzo pilnie owemu człowiekowi z dalekiego kraju, rozpatrując, po czym można poznać mędrca, jeśli się nic nie wie o jego mądrości nie mógł jednak niczego znaleźć na tej starczej twarzy, co by było inne niż u ludzi tępego umysłu.
Był to człowiek, który miał więcej lat niźli ich można wyliczyć szybko, trzy razy w piersi nabrawszy oddechu, czaszkę zaś obraną z włosów tak starannie, jak szarańcza z liści obiera drzewo lub też podskarbi kalifa, podatki ściągający, biednych ludzi obiera z dobytku; żaden zaś pancerz z świetnej damasceńskiej blachy, która czasem zalśni jak słońce (czasem zaś błyśnie trupią sinością, jakby w złotych jej żyłach zakrzepła sina krew), tak nie błyszczy, jak czaszka owego zamorskiego mędrca; żaden uczony pisarz w aleksandryjskiej bibliotece, chociażby bardzo w ręku silny, nie jest w stanie wypolerować tak świetnie oślej skóry, na której potem jak kwiaty cudowne zakwitną słowa - jak los wygładził czaszkę owego człowieka. Broda jego bardzo już


Strony: