Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

którą był wysłał z darami przed dawnym już czasem.
Kazał sobie Al Mahar przynieść nowy turban, diamentami sadzony, tak świetny, jakiego nie ma nawet słońce o brzasku, kiedy na głowę wdziewa niezmierny kołpak purpurowy, w którym lśnią w złotej oprawie najpiękniejsze drogie kamienie i na którym powiewa chwiejąca się kita z pierzastych chmur, poruszana wiatrem. Pyszna kita na turbanie kalifa, osypana pyłem diamentowym jak przeczystą rosą, ową była, którą Al Mahar rzadko wydobywał ze skarbca, powiedział mu bowiem Jeden hodża (który potem oszalał), że mu jej Allach zazdrości, sam takiej nie mając, nie godzi się zaś Boga swego kłuć w oczy czaplim pierzem.
Przyoblekł potem szaty przecudnego koloru, zaś na barki nałożył świetny płaszcz, mający ciężar tysiąca diamentów i tyluż rubinów, mniejszej nieco ilości szmaragdów i pereł, tyle bowiem tych kamieni, ociekających słońcem lub krwią, zieleń sobą sączących lub tajemniczym dna morskiego migających blaskiem, rozsianych było na tkaninie, lśniącej jak toń wody o zachodzie słońca, ciepłej jak powiew w pustyni i tak miękkiej jak kobieca ręka. Tak był wspaniały w stroju tym Al Mahar, że ujrzawszy go, słudzy padali na twarz i bili pokłony, zaś derwisz jeden mniemając, że na łaski kalifa zasłuży, udał, że oczy sobie przeciera, potem, na brzuch upadłszy, począł jęczeć: „Prorok! Prorok!” Zdumiał się najpierw Al Mahar, kiedy mu zaś zdumienie przeszło, podnieść się kazał derwiszowi i najłaskawiej własną ręką w plugawy pysk mu dać raczył.
Odetchnął potem i pytać począł, gdzie jest wielki wezyr, na co mu powiedziano, że wielkiej wagi roztrząsa sprawy w tej chwili, od których los państwa zawisnął. Zatroskał się o swego sługę kalif Al Mahar i w całym swym blasku sam poszedł do jego komnat, lecz u drzwi stanąwszy, zdumiał się po raz drugi, albowiem wezyr, na dywanie siedząc, tłukł


Strony: