Awantury arabskie
Autor: Kornel Makuszyński
o przygodach nocy, tak one po przejściu kalifa, na którego ślady rzucano zaraz kwiaty i miał bursztynowy, mówiły sobie szeptem tak słodkim, jak zapach mirry, i tak pieściwym, jak poszum liści w ogrodach, kiedy je wiew wieczorny pajęczą swoją muśnie dłonią: ?Smutny jest Pań nasz, władca połowy świata obym go mogła rozradować dzisiejszej nocy!”
Zasię inna, mająca oczy tak ciche jak westchnienie, a skórę tak przejrzystą, jak uczciwe serce, mówiła: ?Ciało jego musi być teraz zimne, gdyż zgryzota śpi w nim”...
Inna wreszcie, długo patrząc w to miejsce, w którym zniknął czarnowłosy Al Mahar, westchnęła tylko, pomyślawszy, jak bardzo musi on być nieszczęśliwy, i poczęła płakać, miała bowiem dopiero lat dwanaście i wiele łez nie wypłakanych. Ujrzał to kosooki rzezaniec, a bojąc się, aby oczu potem nie miała czerwonych, wyliczył jej cienkim bambusem dziesięć plag, aby ukryła łzy, co się też stało.
Al Mahar czekał.
Wiele już razy księżyc usiadł był na szczycie najwyższego minaretu jak złoty ptak, co odpoczywa przez chwilę zmęczony wędrówką, lecz spędzony ujadaniem i wyciem psów, widoku jego nie znoszących, spłynął powoli, omijając powoli gwiazdy, by snadź której drobniejszej nie strącić z firmamentu, jak to się zdarza czasem, i wtedy gwiazda, zbladłszy nagle ze śmiertelnej trwogi, strząśnięta z wielkiego dywanu nieba leci w dół, wlokąc za sobą, rozpostarte na wichrze, złote swoje długie włosy. Kalif patrzył w niebo i liczył księżyce, ile zaś razy księżyc umierał, zżarły przez żarłoczne chmury jak dusza Mahara przez smutek, tyle razy kalif wydzierał jeden szmaragd z turbanu i rzucał go w morze, aby nie stracić rachuby czasu. Z dwudziestu czterech trzy już tylko zostały na pysznym jego turbanie szmaragdy, kiedy mu nagłe doniesiono, że do pałacu jego zdąża poselstwo indyjskiego władcy, z nim zaś nikt ze służby kalifa,
Zasię inna, mająca oczy tak ciche jak westchnienie, a skórę tak przejrzystą, jak uczciwe serce, mówiła: ?Ciało jego musi być teraz zimne, gdyż zgryzota śpi w nim”...
Inna wreszcie, długo patrząc w to miejsce, w którym zniknął czarnowłosy Al Mahar, westchnęła tylko, pomyślawszy, jak bardzo musi on być nieszczęśliwy, i poczęła płakać, miała bowiem dopiero lat dwanaście i wiele łez nie wypłakanych. Ujrzał to kosooki rzezaniec, a bojąc się, aby oczu potem nie miała czerwonych, wyliczył jej cienkim bambusem dziesięć plag, aby ukryła łzy, co się też stało.
Al Mahar czekał.
Wiele już razy księżyc usiadł był na szczycie najwyższego minaretu jak złoty ptak, co odpoczywa przez chwilę zmęczony wędrówką, lecz spędzony ujadaniem i wyciem psów, widoku jego nie znoszących, spłynął powoli, omijając powoli gwiazdy, by snadź której drobniejszej nie strącić z firmamentu, jak to się zdarza czasem, i wtedy gwiazda, zbladłszy nagle ze śmiertelnej trwogi, strząśnięta z wielkiego dywanu nieba leci w dół, wlokąc za sobą, rozpostarte na wichrze, złote swoje długie włosy. Kalif patrzył w niebo i liczył księżyce, ile zaś razy księżyc umierał, zżarły przez żarłoczne chmury jak dusza Mahara przez smutek, tyle razy kalif wydzierał jeden szmaragd z turbanu i rzucał go w morze, aby nie stracić rachuby czasu. Z dwudziestu czterech trzy już tylko zostały na pysznym jego turbanie szmaragdy, kiedy mu nagłe doniesiono, że do pałacu jego zdąża poselstwo indyjskiego władcy, z nim zaś nikt ze służby kalifa,
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116