Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

choroby. Dlatego też do stóp się twoich kłonię, wielki i możny sułtanie, a rozpacz moja wraz ze mną bije ci pokłony błagając, byś mnie wspomógł. Wiem, że nigdzie na ziemi tyle nie znajdzie mędrców, ilu ich w twoim niezmierzonym jest kraju, i wiem, że wielkie ich otacza ciebie grono, niezmiernie mądrze radząc, jak rządzić należy: nakaż tedy jednemu z nich, aby przez czas niejaki nie patrzył w słoneczne twoje oblicze, i poślij go do mojej stolicy, aby stanąwszy przede mną, z oczu moich wyczytał, dlaczego morze smutku przelewa sio w mojej duszy i dlaczego w sercu mam cierń, a oczy moje od krwawych łez są czerwone. Górze! Górze!
Pozdrowienie tobie, największy z władców, który jeśli w nocy się ukaże, cudy czyni, ptaki bowiem zaczynają śpiewać i kwiaty otwierają kielichy mniemając, że Jutrzenka spłynęła na niebo; ty, bez którego raj jest smutny jak moja dusza, którą ujrzysz dziś we śnie, bardzo bladą i nędzną, co mi przebaczyć racz, wielki i potężny Anianti, bracie mój...”
Taki oto list pisał przez wiele dni i wiele nocy dumny Al Mahar, po czym wziąwszy cudny kindżał, długo się w niebieskawe jego wpatrywał ostrze, wreszcie jednym cięciem uczynił sobie ranę na ramieniu, aby podpis zaczerwienił się krwią. Tyle jej jednak tylko wypłynęło, że zaledwie na trzy czy też cztery starczyło jej litery, tak był smutkiem i zgryzotą wycieńczony dostojny kalif, który widząc to, zmartwił się śmiertelnie, potem na chytry wpadłszy pomysł, przywołał bardzo krwistego kucharza, a zamachnąwszy się, uderzył go najłaskawiej pomiędzy oczy, że się onemu człowiekowi krew z nosa polała strumieniem. Nią też pisania dokończył.
Wielki potem orszak wyruszył ku morskiemu brzegowi, zaś dwóch rosłych ludzi niosło w sandałowej, złotem kutej skrzynce bezcenny list kalifa, pilnie go strzegąc, więcej niż oczu w głowie, łatwiej im bowiem było o oczy niźli Al Maharowi


Strony: