Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

jesteś smutny, abyś żył!” Inny zasię mógłby mnie ustrzelić z łuku złorzecząc mi: „Cień pada z twoich oczu na moje pole i kłosy moje nie rosną w mroku”.
Och, bracie mój, najpotężniejszy sułtanie! Nie wiem, jak w twoim kraju wygląda śmierć: w moim podobna ona jest we dnie do wielkiej ciemności, która mi padła na piersi i na oczy, zaś w nocy podobną jest do pożaru, który płonie we mnie, naokoło mnie i wszędzie. Czy zrozumiałeś wielkie czarnoksięstwo śmierci, co jedną z siebie zrzuciwszy postać, w drugą się ubiera, nigdy zaś nie przychodzi w postaci rycerza, co na czarnym koniu, krzywą szablę uniósłszy nad głową i kindżał zębami ująwszy, leci w pędzie w chmurze pyłu? Dlatego tak nie czyni, gdyż nie trwożyłby się mąż dzielny takiej śmierci, miecz mając w dłoni, lecz jest tak, że wspaniały tygrys przed muchą tnącą ucieka, zaś lew drży na widok myszy jak niewiasta.
Jakżeż nie trwożyć się widma, które nie ma twarzy ani oczu, ani rąk, a ma tysiąc twarzy, tysiąc oczu i tysiąc rąk?
Mówię tobie: gdyby pismo moje do ciebie przeczytał Allach, ulitowałby się nade mną i zapłakał, alboby posłał anioła Gabriela mówiąc:
„Bieżaj do owego miasta, w którym się smuci kalif Al Mahar, i jedwabną chustą otrzyj mu oczy, potem mu daj haszyszu „zapomnienia i śpiewaj przez noc całą w jego pałacu, aby się uśmiechnął ów człowiek, któremu wyrządziłem krzywdę”.
Nie pozna jednak nigdy Allach treści tego listu, gdyż go pod strażą wyślę do granic mojego państwa, zaś dalej twój już Allach rządzi, który nie zna ani spraw moich, ani mojego imienia. Nie chcę bowiem pomocy Allacha, gdyżby ona wstydem jego być musiała, nie może zaś być, aby niewolnik zawstydzić miał swego pana, dziecko swego ojca, i żeby wielki rumieniec zorzy spłynął na twarz mojego Boga, kiedy by ujrzał, że niesprawiedliwość uczynił wobec mnie.


Strony: