Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

jeśli pismo moje przeczytawszy, wyjdziesz na brzeg morza, zdumiejesz się, ze tak bardzo wezbrało i sięga aż do twoich stóp, obutych w złote sandały; wiedz, że to z łez moich morze tak nadmiernie urosło, albowiem nad brzegiem usiadłszy, płaczę już od dawna, a tak gorzko, jak najnędzniejszy rybak w państwie moim nie płacze. Serce moje jest jak złoty puchar, który spleśniał od trucizny, wargi moje są spękane i wiele jest na nich ran od gorzkich i męki pełnych słów, które wymawiam, zaś oczy moje są jak
dwie cysterny w libijskiej pustyni, bez kropli wody, wszystkie już bowiem łzy wylałem w morze. Tobie jednemu to mówię, albowiem wiem, że wielką masz duszę i pojmiesz niezmierny mój smutek, którego ja sam pojąć nie mogę, albowiem nie wiem, skąd przyszedł i kiedy się zjawił w moim pałacu, w którym jest wielu ludzi i więcej jeszcze bogactw, lecz nie ma radości, jak w domu, w którym była zaraza.
Ptak żywię w powietrzu, ryba w morzu, zaś smutek mieszka w duszy serce jedząc, najsłodszą potrawę, i pijąc krew, napój najmilszy, dusza zaś - o bracie mój - jest jako niezmierna pustynia, smutek zaś jest jak woda, która w piaski wsiąka. Coraz jej więcej i więcej zapada w głąb, cisnąc się w wnętrze, skąd już jej żadne nie wydobędzie słońce, które złotymi rękoma gładzić lubi róże lub się kładzie odpoczywając w południe na ciche morskie wody, lecz rąk nie brudzi w namule ani nie pełza do pieczar, w których śpi czarny, z trzema głowami wielbłąd smutku.
Dlatego nie wynoszę nieszczęścia mojego na słońce jak trędowaty, który kryje się w lesie lub w górskiej jaskini, aby nie razić oczu słońca i aby mnie nie ujrzał nikt z żyjących, snadnie bowiem zabić by mnie mógł uderzeniem spisy, wołając; ?Nie możesz dać szczęścia poddanym swoim, bo go nawet nie znasz z twarzy”. Mógłby też przyjść inny i zabić mnie ciosem krzywej szabli, mówiąc: „Zbyt


Strony: