Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

swoim ułożył rozumie.
One zaś stały nieporuszone, jak kłody pachnącego drzewa, i żadna z nich nie drgnęła.
Zdumiał się najpierw Abd ul Moshed, potem zasię uśmiechnął się łaskawie jak człowiek, który chce dać poznać przez ten uśmiech, że krzywdy nikomu nie chce uczynić. Widział jednak Allach, że Moshed uśmiechem tym pokrył swoje zmieszanie z tego powodu, iż go zawiodła przebiegłość. Poczuł, że taką sztuką w sieć ich nie schwyta i nie wynajdzie wśród tych pięciu tej, która straszliwej dopuściła się zdrady; zamyślił się tedy głęboko i schodzić zaczął aż na dno swojego rozumu, wiele po drodze znajdując rad, żadna jednak nic wydała mu się dobra. Zamknął oczy i głowę w tył pochyliwszy, trwał tak nieruchomy i dostojny jak wielki sędzia, który trudną ujął w ręce sprawę.
- Allach Kerim! - pomyślał Hassan ten człowiek usnął.
Po poruszeniu warg można było poznać jedynie, że Abd ul Moshed nie usnął, lecz rozmawia z duszą, najmędrszą, jaką znał kiedykolwiek. Westchnął potem głęboko i dziwnie tkliwie, jak resztek sumienia nie pozbawiony ludożerca, co ma zjeść właśnie ostatniego swego syna; pogładził brodę i głową pokiwał ruchem dziwnie przejmującym, czemu się Hassan przypatrywał z trwogą, zaś żony jego patrzyły na to ciekawie, jak gdyby oglądały takiego człowieka, co niezmiernych, czarnych sztuk świadom, umie połykać kindżały, chodzić po mieczach lub znosić strusie jaja.
Drgnęły jednak, usłyszawszy jego głos, który, tkliwy przedtem, mruczał teraz jak grzmot, potem coraz to potężniejąc przypomniał wreszcie wielki huk wozu, pędzącego szybko po kamienistej drodze, kiedy się muł spłoszył, a woźnica jest pijany.
- Hassanie! - rzekł - powiedz mi imiona swoich żon. I imię mówi nieraz wiele, rad bym zaś wiedzieć wszystko, nic chcąc uczynić krzywdy.
Wystąpił Hassan i rozejrzawszy się wśród


Strony: