Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

ludzie wybiegali z domów, a psy uciekały wyjąc, nazajutrz zaś wracał smutny skarżąc się, że nic nie pomogło, i tak było przez wiele dni, aż go kawas, mocno chwyciwszy za kołnierz, powiódł do domu wariatów. Tam ci zaś poznał, że jest szczęśliwy, wszystkie bowiem jego smutki wstawały za sprawą żony, która jędzą była. I błogosławił ów szewc swego dobroczyńcę.
Rosła jednak przez to sława Abd ul Mosheda, a on trapił się tą wielką swoją sławą, która mu wiele przysparzała zgryzot, mówił tedy, że sława jest jako zła niewiasta, co nad uchem stanąwszy, uporczywie gada, jeśli zaś przed nią w grób ucieczesz, spać ci nie daje w grobie.
W tej chwili jednakże czul niezmierna błogość, jak gdyby był w łaźni, i począł rozmyślać właśnie nad tym, dlaczego mucha potrafi chodzić po pułapie, a człowiek tego uczynić nie może - kiedy stanął przed nim jego wielki przyjaciel Hassan, człowiek wielce popędliwy i poważnie myśleć nie umiejący. Bardzo był wzburzony i ciężko dyszał, gdyż zdołał rzec te tylko słowa:
- Bóg jest jeden!
Spojrzał na niego spokojnie Abd ul Moshed i rzekł:
- Czy niczego nowszego się nie dowiedziałeś?
Zdumiał się Hassan, a usiadłszy na nogach, kiwał się przez czas dłuższy w przód i w tył, zanim począł mówić:
- Szukałem ciebie, Moshedzie, najpierw w twoim domu...
- Nie zawsze człowiek jest w domu... przerwał mu Moshed.
- Słusznie rzekłeś, lecz potem szukałem ciebie w łaźni, potem w bazarze, potem w meczecie, i nigdzie ciebie nie znalazłem...
Uśmiechnął się z politowaniem mądry Abd ul Moshed i rzekł łaskawie:
- Gdyby cię był Allach obdarzył dowcipem, byłbyś wpadł na to od razu, nigdzie nie chodząc, że jeśli jestem, w kawiarni, tedy nie jestem ani w domu, ani w łaźni, ani w meczecie, ani ‘w bazarze, i byłbyś mnie tu spotkał.
Spojrzał na niego najpierw


Strony: