Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

wstępu, gdyż wszystkie wstępy do wszystkich podróży Sindbada były zawsze takie same.
Mówił żeglarz Sindbad:
- W oczach moich znikł okręt w głębinie i morze się nad nim zawarło, zamknąwszy w grobie moje drzewo sandałowe, mój szafran i pięćdziesięciu żeglarzy. Przeraziłem się bardzo, a strach mi dodał sil, więc zacząłem płynąć ku brzegowi; już chwyciłem ręką odłam skały, nagle krzyknąwszy, -padłem na wznak w morze, rękę zaś miałem srodze oparzoną, skała bowiem była tak gorąca jak rozpalone żelazo. Płynąc począłem gorzko płakać, jak to zresztą wiele czyniłem razy, poznałem bowiem, że los mnie chce znowu doświadczyć, jakby tego samego, ale z lepszym skutkiem, nie mógł czynić z kim innym.
Narzekałem na moje nieszczęście tak głośno, że się zebrała naokoło mnie gromada delfinów i płynąc tuż przy mnie, okazywała mi swoje współczucie; kiedy więc osłabłem, usiadłem na grzbiecie największego z nich, który mnie niósł chętnie i z widoczną radością, i choć mi to nie było przyjemne, gdyż musiałem się zanurzać co chwila, ile razy się to jemu podobało, jednak dziękowałem niebu za pomoc w niezmiernym moim nieszczęściu. Tak pływałem dwadzieścia siedem dni cierpiąc głód i pragnienie i wyschnięty byłem tak, że byłem niemal przejrzysty. Dwudziestego ósmego dnia dopiero wysiadłem na straszliwy brzeg, który mnie dziwnym napełnił przeczuciem, że mnie tu czeka śmierć albo coś jeszcze gorszego.
Leżałem jak nieżywy i próbowałem jeść słony piasek nadmorski, gdy nagle ujrzałem z przerażeniem, że koło mnie po piasku skaczą ludzkie głowy, bard/o nadobne, i że mnie ciekawymi oglądają oczyma. Podniosłem się, straszliwym ogarnięty lękiem, i spostrzegłem stojących w oddali ludzi, z których żaden me miał głowy.
Dowiedziałem się później, że mieszkańcy tej ziemi mogą łatwo zdjąć sobie głowę z karku i wysłać


Strony: