Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

modlił.
Kiedy się podniósł i stanął w kręgu lampy, wyglądał tak jak człowiek, co się zwlókł z łoża po ciężkiej chorobie, aby zobaczyć słońce, którego od wielu już nie widział dni, i ożyć nowym życiem. Pot wielkimi kroplami spływał mu z czoła, znacząc się wyraźnie na trupiej jego bladości, w której oczy płonęły jak dwie smolne żagwie; znać było, że jest bardzo wyczerpany, jak po niezmiernym wysiłku, bo słaniał się idąc. Usiadł ciężko naprzeciwko kalifa i uśmiechnął się takim uśmiechem, w którym jest wdzięczność, lecz mało jeszcze radości, tej bowiem zapomniała i widać było, że sobie z trudem przypomina w tej chwili, jak się twarz do radosnego składa uśmiechu. Począł mówić cichym głosem:
- Teraz ci powiem wszystko, Mohammedzie, zanim ostygnie ten płyn, któryś ty ozłocił.
- Mów! - szepnął Raszyd i głowę oparłszy o ścianę słuchał.
- Powiedz mi łaskawie, dostojny Panie, kto jest największym wrogiem człowieka?
Raszyd pomyślał chwile i rzekł:
- On sam...
- Odpowiedziałeś jak człowiek, który wiele myślał i wiele ma rozsądku; jednakże człowiek samego siebie nie zabija ze złości, lecz z bólu. Czy nie wiesz, kto jest większym jego wrogiem?
Znów myślał chwilę Raszyd i rzekł niepewnie:
- Kobieta...
- Wypowiedziałeś imię straszniejszego wroga, który wiele niszczy i wiele zadaje mąk, mając truciznę w duszy i na wargach; jednakże można uciec przed kobietą. Czy nie wiesz, jak się zowie wróg, przed którym nie uciecze człowiek i nie schowa się nigdzie?
- Śmierć! - rzekł trwożliwym szeptem Raszyd.
- Tak, śmierć! - powtórzył Atros głosem głuchym i skażonym nienawiścią.
- Śmierć - ozwał się cichy głos, aż się Raszyd wzdrygnął.
Spostrzegł to Atros.
- To nie on powiedział - rzekł, wskazując oczyma mumię - gdyż jest niemy. To było


Strony: