Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

wysuszonego lnu przyłoży płonącą żagiew, len zaś strzelistym buchnie płomieniem, tak w ogniach stanął ów człowiek; że zaś zbyt nieoczekiwanymi były te słowa, a zwątpienie jego było śmiertelne, więc jak człowiek, którego mocarz jakiś z nagła ciężkim bułatem uderzy w ciemię, zachwieje się i wali jak podcięta palma - tak on się zachwiał, a wykrzyknąwszy słowo niezrozumiałe, którego nie ma w języku ludzi nieuczonych, zwalił się do stóp kalifowych i leżał jak martwy. Harun ar Raszyd skinął smutnie głową i zrozumiał, że słowami swoimi zabił tego człowieka, zdarza się bowiem często, że dobrodziejstwo równie nagle zabija, jak wielka krzywda. Uradował się więc po chwili, ujrzawszy, jak się leżący u jego nóg wstrząsnął nagle, jakby go dotkliwy mróz kościstą dłonią uderzył w tył czaszki, potem zaś usłyszawszy cichy płacz u stóp swoich.
Zabulgotało w owym człowieku najpierw ciche łkanie, podobnie jak w zamkniętym naczyniu i postawionym na ogniu woda bulgotać zaczyna, aż się z niej war uczyni - potem coraz głośniejsze i tak mocne, że drżało całe ciało człowieka, wreszcie zaś polał się z jego oczu wielki strumień gorących łez, padających na safianowe sandały Raszyda i na uliczny kurz. Poczuł kalif, że mu się serce ściska i że się z piersi podnosi ku gardłu, więc pochyliwszy się, chciał unieść tego człowieka z ziemi. On zaś, objąwszy obiema rękami nogi Haruna, całował je.
- Co czynisz? - rzekł ten i cofał się.
Atros zaś (wszak tak się nazywał) leżał jeszcze chwilę bez ruchu, potem się z trudem podniósł na kolana i tak klęcząc, jakby w stronę Mekki patrzył, mówił:
- Nie błogosławię cię, Panie, cóż bowiem jest błogosławieństwo wobec tego, czym ja ci zapłacę twoje złoto?!
- Co mi możesz dać ty, który nie masz całej szaty?
- Panie - rzekł Atros - bogatszy jestem od Haruna ar Raszyda.

Strony: