Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

podobna była do wschodu, druga do zachodu słońca, wyjął zza pasa kindżał, który był podobny do tęczą mieniącego się węża, po czym odpasał miecz, podobny do błyskawicy; wielką poczuł ulgę, kiedy mu sprawny sługa zdjął z głowy turban, świetniej barwami grający niż rajski ptak albo bukiet kwiatów z sułtańskich ogrodów, i raz jeszcze odetchnął, jak człowiek, co ciężką ukończył pracę.
Czuć było już rześki powiew nocy, o której mówił kalif, że mu najmilszą jest z dziewic, umiał bowiem wiele mądrości usłyszeć w jej ciszy i wiele umiał spostrzec w jej mroku, co niewidzialne było dla innych. I dziś też pomyślał sobie, że mu najmilszym będzie odpoczynkiem, jeśli wyszedłszy tajemnie z pałacu (jak to już wiele czynił razy)? pójdzie na ulice Bagdadu, gdzie się dziwne rozgrywają sprawy, o jakich nie wiedział ani Mahdi, dostojny jego ojciec, ani al Dżafar, al Mansurem zwany, dostojniejszy jeszcze ojciec dostojnego ojca. Wiele już razy, wyszedłszy niepozornie na ulice swego miasta, słuchał, co mówią wielkie jego usta, z wielu tysięcy warg złożone, i zawsze usłyszał takie słowo, które bardziej jeszcze było podobne do prawdy, niźli diament podobny jest do łzy ludzkiej. Drżał na jego widok ar Raszyd, chociaż tylko jedna połowa jego duszy była sprawiedliwa, zasię druga miała oczy złe i puste myśli, jak się to często dzieje z duszą owych, którym Allach dał w ręce władzę i berło; wolał patrzeć na krew, niż na łzy, ciekące po ludzkiej twarzy i ryjące na nich bruzdy, jak wieczyście padająca kropla w białym je ryje marmurze; wtedy przymykał oczy, mrok mu padał na sprawiedliwą połowę duszy i bardzo się smucił, jak gdyby to jego paliły łzy.
Nosił na palcu pyszny pierścień, który zalśnił czasem tak, jak promień słoneczny, kiedy nagle jak błyskawica uderzy w diament i nie zarysowawszy go, świetny ogień tylko z jego wykrzesze twardości i tysiąc


Strony: