Awantury arabskie
Autor: Kornel Makuszyński
Jak rzekłeś?
- Dasz mi dwa siodła, zaś co roku, aż do lat dziesięciu, dziesięć baranów, abym miał ją czym wyżywić, gdyż jest chuda.
Abdul Azis wywrócił białka oczu i zdawało się, że oszalał; dyszał tak ciężko, iż zdawało się, jakoby z pustyni nadciągała burza, po czym, oddechu nieco schwytawszy, poczerwieniał i rzekł jakby przez łzy:
- Córka moja ma twarz słońca.
- Mój koń - odrzekł Mohammed - nie zakrywa twarzy.
- Miłuje ciebie jak źrenicę oka.
- Zapytaj mojego konia, czy tego samego nie zdoła?
- Mohammedzie! widziałeś kiedy u kobiety nogi tak małe i tak piękne?
- Ma ich tylko dwie, mój zaś koń ma ich cztery.
- Bismillach! - jęknął Abdul Azis - ona ma głos. podobny do głosu słowika.
- Tedy chcesz mnie oszukać; mój koń nie mówi wcale. I to ci jeszcze powiem: nie będzie mi życzył śmierci ani mnie nie zdradzi, ani mnie nie przeklnie. Koń mój jest roztropny i nie trzeba mu adamaszku na szaty ani sandałów, ani bakalii. Ani nie płacze, ani się śmieje. Czy widzisz, jak bardzo chciałeś mnie oszukać, wielki złodzieju, synu Ali Baby? Dasz wielbłądy, szablę i siodła, i barany?
- Nie dam! - ryknął Abdul Azis i porwawszy się, chwycił swojego przyjaciela za rzadką brodę, ów zaś to samo uczynił, jeno łapczywiej, tak iż się tarzać poczęli po ziemi, wyrywając sobie włosy, dość sprawiedliwie i niemal w równej mierze. Krzyknęła niewiasta i przypadła do wielbłądów, oni zaś, niepomni na nic, trykali łbami o brzuchy, wyłamywali sobie ręce ze stawów i kąsali się spróchniałymi zębami.
Kiedy ich wreszcie moce odeszły, odpadli jeden od drugiego mocno dysząc i wyrzucając z ust słowa cuchnące i zgniłe. Aż im smagłe nagle pobladły oblicza i rozszerzyły się źrenice.
- Co to jest? - jęknął Mohammed.
Abdul Azis patrzył długo, wreszcie pojąwszy, krzyczał strasznie:
Strony:
- Dasz mi dwa siodła, zaś co roku, aż do lat dziesięciu, dziesięć baranów, abym miał ją czym wyżywić, gdyż jest chuda.
Abdul Azis wywrócił białka oczu i zdawało się, że oszalał; dyszał tak ciężko, iż zdawało się, jakoby z pustyni nadciągała burza, po czym, oddechu nieco schwytawszy, poczerwieniał i rzekł jakby przez łzy:
- Córka moja ma twarz słońca.
- Mój koń - odrzekł Mohammed - nie zakrywa twarzy.
- Miłuje ciebie jak źrenicę oka.
- Zapytaj mojego konia, czy tego samego nie zdoła?
- Mohammedzie! widziałeś kiedy u kobiety nogi tak małe i tak piękne?
- Ma ich tylko dwie, mój zaś koń ma ich cztery.
- Bismillach! - jęknął Abdul Azis - ona ma głos. podobny do głosu słowika.
- Tedy chcesz mnie oszukać; mój koń nie mówi wcale. I to ci jeszcze powiem: nie będzie mi życzył śmierci ani mnie nie zdradzi, ani mnie nie przeklnie. Koń mój jest roztropny i nie trzeba mu adamaszku na szaty ani sandałów, ani bakalii. Ani nie płacze, ani się śmieje. Czy widzisz, jak bardzo chciałeś mnie oszukać, wielki złodzieju, synu Ali Baby? Dasz wielbłądy, szablę i siodła, i barany?
- Nie dam! - ryknął Abdul Azis i porwawszy się, chwycił swojego przyjaciela za rzadką brodę, ów zaś to samo uczynił, jeno łapczywiej, tak iż się tarzać poczęli po ziemi, wyrywając sobie włosy, dość sprawiedliwie i niemal w równej mierze. Krzyknęła niewiasta i przypadła do wielbłądów, oni zaś, niepomni na nic, trykali łbami o brzuchy, wyłamywali sobie ręce ze stawów i kąsali się spróchniałymi zębami.
Kiedy ich wreszcie moce odeszły, odpadli jeden od drugiego mocno dysząc i wyrzucając z ust słowa cuchnące i zgniłe. Aż im smagłe nagle pobladły oblicza i rozszerzyły się źrenice.
- Co to jest? - jęknął Mohammed.
Abdul Azis patrzył długo, wreszcie pojąwszy, krzyczał strasznie:
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116