Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

spełniała czyny. Jedno mnie tylko dziwi, że nie jesteś kalifem, tyś nim bowiem być powinien!
To rzekłszy spojrzał na przyjaciela swego tak, jak się patrzy na zgniłe jajo albo na glistę, albo też na padlinę. Ów zasię, Mohammedem nazwany, napluł na tamtego w głębi przepaścistej myśli, kopnął go tajemnie w sam środek brzucha, a pomyślawszy, że szakal by nie tknął nawet tego zbója, tak strasznie go czuć złodziejem, szedł powoli i z powagą po rajskiej łące swojej duszy i zrywał kwiaty słów, z których każde miało woń kadzidła. Oto mu rzekł:
- Gdyby Aladyn wszedł do twojego serca, zdumiałby się, ujrzawszy w nim takie skarby, jakich nie ma stu sułtanów na ziemi. Wiem, że cię za to Allach miłuje, rzekł bowiem dziś w nocy do Proroka: „Powiedz mi, czy to słońce upadło na ziemię, czy też to Abdul Azis po niej chodzi?” Niech ci za to da dwa razy więcej łat życia, niźli ja ci życzę, przyjacielu mój, którego miłuję. Powiedziałem.
Potem, usiadłszy naprzeciwko siebie, patrzyli sobie długo w oczy, a każdy z nich wiedział, co wiedział.
Kiedy zaś minęła długa chwila, o kulach chodząc, rzekł Mohammed, jakby nie wiedząc, jak się rzecz ma:
- Czy na drugim wielbłądzie przybył z tobą anioł Gabriel?
- Jest to córka moja - odrzekł skromnie Abdul Azis - która ciebie miłuje, o czym wiem pewnie. Ty mi zaś powiedz, kto jest ten człowiek, który nie patrzy na nas, tylko na twojego konia. Czy nie mniemasz, że ci go urzeknie, twój koń zaś i bez tego nie jest tak zdrów, jak by się tobie mogło wydawać.
Mohammed poczerwieniał i odrzekł powoli:
- Jest to człowiek, który wyciąga wiadra z wodą, a jest tak roztropny, że woli patrzeć na mojego konia niż na twoją córkę.
- Jeśli jest tak roztropny, tedy mu łacno wypłynąć może oko, jeśli się do niego przybliżę.
- Abdulu Azisie, ten człowiek jest tak mądry, że


Strony: