Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

jednak będąc, wie, iż wszelka wrzawa wiele mu pomoże. Długa też minęła chwila, zanim ów rzekł:
- Ibrahimie, synu Jusuffa, żali tędy nie przejeżdżał na wielbłądzic Abdul Azis, przyjaciel mój i krewny, wielki jednakże złodziej i wuj szakala?
- Nie był tu nikt taki... Czemu pytasz?
- Albowiem jeśli nie był, tedy przyjedzie, ja zaś mam z nim sprawę i obawiam się, aby mnie nie napadł i nie obdarł, na wszystko się bowiem waży ten człowiek. Proszę cię tedy, Ibrahimie, abyś dawał baczenie i obronił mnie w razie potrzeby.
- Jaką z nim masz sprawę?
- Oto ten człowiek chce kupić ode mnie tego konia.
- Jak rzekłeś?
- Konia chce kupić ode mnie.
- Tego konia kupi kalif, kiedy się o nim dowie.
- Kalif mi nie zapłaci tego, co mi za niego chce dać Abdul Azis.
- Allach! Rozum ci się pomieszał...
- Czemu mnie krzywdzisz? Popatrz na mnie i wiedz, żebym ci mógł jednym uderzeniem pięści wybić oko i wytłuc trzy razy po dziesięć zębów, ale jestem łaskawy, albowiem widzę, że konia mego miłujesz.
- Więcej niż ciebie...
- Prorok ci za to ciężką i śmiertelną zapłaci chorobą, albo trądem, albo gniciem wątroby.
Teraz zaś słuchaj, albowiem zdaje mi się, że na krańcu pustyni widać dwa wielbłądy. To jedzie on, który oby nie dojechał. Wiesz, co mi chce dać za mego konia?
- Uszy moje szerokie są jak bramy Bagdadu...
- Chce mi dać swoją córkę. Oh!
Rzekłszy to przymknął skisło oczy i uśmiechnął się obleśnie, szeroko otworzywszy plugawy pysk, z którego wiele pociekło mu śliny na rzadką brodę, na znak, że dusza jego w wielkim jest zachwycie i widzi niebo.
Ibrahim zadumał się smutno i zdaje się głębokie w sobie ważył myśli, gdyż miał w oczach wielką troskę, która usiadła mu na twarzy pomiędzy oczyma jak zły, dziki ptak, co usiadł na drzewie i szponem drze


Strony: