Awantury arabskie

Autor: Kornel Makuszyński

Ósma podróż żeglarza Sindbada

Następnego dnia zebrali się znowu przyjaciele w domu bogatego Sindbada (oni i ów poganiacz osłów, który mu zazdrościł skarbów), dziwiąc się niepomiernie, czemu ich zaprosił na ucztę po raz ósmy, wszystko im już o swoich cudnych opowiedziawszy podróżach. Wydłużyły im się twarze, gdyż zamyślili się głęboko, wzdychając od czasu do czasu, co bystrości ducha wielce pomaga, świeżym go bowiem rzeźwi powietrzem.
Tak ich zastał wspaniały żeglarz Sindbad, od którego nie było sławniejszych nie tylko w Bagdadzie, lecz we wszystkich ziemiach zamieszkanych przez wiernych.
Skłonił im się poważnie, polem wonną pogładziwszy brodę w te odezwał się słowa:
- Myślałby kto, przyjaciele moi, kto by spojrzał w tej chwili na wasze twarze, że z przyrodzenia tępego jesteście umysłu, jak parszywe muły, które łatwo można kupić przed domem Hassana; ja zaś wiem, że to tylko zdziwienie maluje się na waszych twarzach i że rozjaśnicie wasze zmarszczone czoła, dowiedziawszy się, jaką w tym miałem przyczynę, aby was po raz ósmy zaprosić na ucztę, chociaż mięso baranie bardzo podrożało, a kosz daktylów kosztuje bodajże więcej, niźli są warte wszystkie szmaragdy w skarbie Kalifa. Siadajcie tedy i jedzcie, każdy wedle sił, a nawet ponad siły, aby nikt nie powiedział, że żeglarz Sindbad, wielkie zebrawszy majątki, żałował przyjaciołom swoim baraniego mięsa i obfitości czosnku. Potem wam powiem, nie nudząc was zbytnio, dostojni przyjaciele i ulubieńcy Proroka, o co rzecz idzie.
To rzekłszy klasnął w ręce, a niewolnicy, jakby spod ziemi wychodzący, zaczęli znosić na złotych i srebrnych półmiskach dymiące potrawy.
Zadrgały wszystkim nozdrza, każdy bowiem - dzień swój na pracowitym spędziwszy szachrajstwie: ten przy ważeniu korzeni na wadze, do paralitycznego podobnej człowieka, ów przy krajaniu sukna, tak


Strony: