Szatan z siódmej klasy

I. Diabeł wyskakuje z pudełka
Pan profesor Gąsowski nauczał historii wedle własnej, nieco rozwichrzonej metody. Niektóre wielkie postacie, błąkające się po elizejskich polach albo krążące pośród gwiazd, bardzo miłował, o niektórych rozprawiał z drwiącym lekceważeniem, a w licznym, nieśmiertelnym tłumie były i takie, o których nie chciał mówić wcale. Omijał je przy spotkaniu, udawał, że ich nie dostrzega, nie kłaniał im się. O ukochanych osobistościach mówił z gorącym zapałem, piejąc na ich cześć górne hymny, po każdym zdaniu zasadzając wykrzyknik jak cyprys na grobie. O Napoleonie, z ukochanych najukochańszym, rozprawiał jak natchniony poeta. Zdawało się, że każdej chwili zakrzyknie gromko: “Niech żyje Cesarz!” — i rzuci się w bój, krwawy szatan. Napoleon, siedząc okrakiem na komecie jak na ognistym koniu, z wielką przyjemnością przysłuchiwał się panu profesorowi Gąsowskiemu. Gdyby mógł sięgnąć z nieba, przypiąłby na jego piersi Krzyż Legii Honorowej. Mniej zadowolony z tych wykładów był piękny Alcybiades, o którym pan profesor mówił z lekceważeniem, że “był to fircyk, elegancik i w ogóle wydmuchana osobistość”. Nie można było dojść, czym sobie szlachetny Ateńczyk zasłużył na tę opinię. To go jedynie mogło pocieszyć, że o innych nieśmiertelnych pan profesor szerzył zgoła oszczerstwa. Cezar miał zamazaną hipotekę i, gdyby to zależało od pana profesora Gąsowskiego, nieśmiertelność pozbawiłaby go prawa korzystania z niezmiernej chwały. Tym o którym pan profesor wcale nie chciał mówić, któremu by się nie ukłonił i któremu nie podałby ręki, był Hannibal. Dlaczego? O tym wiedzą jedynie kartagińscy bogowie, jeżeli w ogóle o czymś wiedzą, bałwany opasłe. Hannibal miał wielu wrogów, straszliwych wrogów, śmiertelnych wrogów, ale nigdy i przenigdy nie miał takiego, jakim był twardy, zawzięty i nieustępliwy pan profesor

Przeczytaj "Szatan z siódmej klasy" »

Bardzo dziwne bajki

Bajka o królewnie Marysi, o czarnym łabędziu i o lodowej górze

Nie pamiętam dobrze, ile to lat temu, może tysiąc, a może i dwa. Pamiętam tylko, że byłem jeszcze wtedy małym chłopcem, kiedy mi się to wszystko zdarzyło, co wam, dzieci słodkie, opowiem.
Tuż zaraz za granicami Polski, gdzie panował wtedy wielki i sławny król Ćwieczek i królowa Kalina, było potężne królestwo Srebrnego Szczytu. Nazywało się ono tak dlatego, gdyż w samym jego środku wznosiła się niezmierna góra lodowa, tak wysoka, że z ziemi szczytu jej nie można było dojrzeć. Widać było tylko srebrny blask. Słońce nie mogło jej stopić, a ludzie opowiadali, że w tym miejscu w niebie, w którym’ ta góra dotykała niebiosów, było bardzo zimno. Gwiazdy, co ponad nią świeciły, były aż niebieskie od mrozu wielkiego i wyraźnie widać było z ziemi, jak się trzęsą z zimna.
W państwie Srebrnego Szczytu panował potężny król Patyk III, który miał żonę, z domu pannę Słoiczek, a na imię jej Tasiemka. Mieli oni córkę śliczną, którą nazywali Marysią.
Wielki król Patyk III był niezmiernie bogaty i słynny był na cały świat. Świat był wtedy bardzo mały, bo jeszcze nie był wyrósł i można go było na kulawym koniu przejechać we dwa dni od końca do końca. Ale co prawda to prawda, że król ten był słynny na cały świat. Bogactwa jego po tym można było poznać najlepiej, że codziennie na śniadanie zjadał siedem pieczonych prosiąt, nadziewanych konfiturami i czosnkiem, na obiad jadł sto dziewięćdziesiąt potraw i wypijał dwanaście beczek soku z kwaszonych ogórków, a na wieczerzę zjadał już za to bardzo mało, bo tylko cztery cielęta.
Chociaż to był król potężny i wielki, jednak lubił się czasem pośmiać wesoło. Ale że był z natury smutnego serca, więc ile razy chciał się śmiać, lokaje łaskotali go w podeszwy przez dwie godziny. Rządził bardzo

Przeczytaj "Bardzo dziwne bajki" »

Dusze z papieru

Zbiór tych bezpretensyonalnych szkiców jest obrazem artystycznego dorobku teatru lwowskiego za przeciąg lat kilku; jest przypadkowym i dorywczym, gdyż przypadkowy i dorywczy jest repertuar polskich teatrów, chłonących łakomie i bez należytego wyboru wszelki import. Zbiór ten jest niekompletny; pominęliśmy w nim wiele scenicznych drobiazgów, usunęliśmy też fejletonowe sądy o dziełach scenicznych, które ze zbytniej widzieliśmy wszyscy blizkości, a nie chcąc ich krzywdzić, pozostawimy bezstronny sąd o nich niezwiązanej z nami niczem przyszłości, mającej do rozporządzenia rzecz niezmiernie cenną, bo perspektywę oddalenia. Odnoszenie się bezpośrednie do niektórych z omówionych w książce tej dzieł scenicznych, zetkniecie się z niemi twarzą w twarz, niespodzianie, było może często powodem zbytnich, lecz szczerych zachwyceń. Okroi je również rozwaga dni późniejszych, regulująca płomienne entuzyazmy.
Zebraliśmy te ulotne szkice w całość, naśladując francuskie zwyczaje literackie, z tą tylko różnicą, że szkice, w książce tej zawarte, nie mają najmniejszych do niczego pretensyi. Mogą spełnić jeden tylko pożytek: komuś, co kiedyś będzie pisał historye, teatru polskiego, posłużą za przykład wyrazu chwili, jednego dnia — nie więcej. Schowane zaś w najciemniejszym kącie biblioteki, posłużą czytelnikowi, (jeśli się jaki znajdzie), jako niedokładny przewodnik po teatrze z lat ostatnich.
Uzupełnieniem tej skromnej książki będą serye następne, na ten sam temat.
We Lwowie, w grudniu 1910.
K. M
Al. Fredro

Na wznowienie »Ślubów panieńskich«.

»Rozum mężczyzną, białogłową affekt tylko rządzi; oraz kocha, oraz nienawidzi; nie gdzie rozum, ale gdzie affekt, tam wszystko«.
Zadumał się Fredro nad wielce prawdziwą sentencyą swego dziada, nad afektem białogłowskim i nad męskim rozumem, co »świat w possesyę

Przeczytaj "Dusze z papieru" »

Kartki z kalendarza

Moje miasteczko

Odwiedziłem miasto, w którym spędziłem swoje bez grzeszne lata, zanim mnie inne, większe, pożarło jak bożek Baal, któremu w opasłe brzucho wrzucano niewinne dzieciny. Jest to miasto niewielkie u podnóża Karpat siedzące, nad rwistą rzeką, zgoła niepoczytalną, wściekającą się przy lada okazji i grożącą zagładą ludzkim osiedlom. Mam do tej rzeki zadawnioną nienawiść, gdyż nie raz jeden, ucapiwszy kapiącego się smyka, usiłowała zrobić ze mnie wdzięcznego topielca. Nabierała ona raz do roku jedynie statecznego rozsądku i powagi, przed czterdziestu bowiem laty w dniu narodowego święta odbywała się na niej przedziwna uroczystość, świetna i nieporównana! W jakiejś jej cichej i rozlewnej zatoczce budo—wano wcale pokaźną nawę z desek i blach, pierwszy prawdziwy polski okręt, jaki widziałem w życiu, i wobec całej ludności miasteczka. z księdzem kanonikiem i burmistrzem na czele, urządzano przedstawienie pt. Kościuszko odpływa do Ameryki, aby walczyć o wolność!
O rany! Nawę oświetlano bengalskimi ogniami, a na pokładzie ukazywał się żywy obraz. Wśród dwudziestu tysięcy mieszkańców

Przeczytaj "Kartki z kalendarza" »

List z tamtego świata

Rozdział pierwszy
w którym pradziadek zleciał ze ściany, co dwóch młodzieńców wprawiło w zdumienie

Pani Marta Cegłowska, z domu Mościrzecka, była od niewielu lat wdową. Nieboszczyk mąż, pragnąc jej jako tako osłodzić gorycz samotności, pozostawił jej na otarcie łez maluteńki mająteczek, w którym tęsknie ryczały liczne krowy i rzewnie beczały cielęta. Wszystko kwitło tam na wiosnę i dojrzewało w lecie. Pani Marta dawno już przekwitła i dojrzewała coraz to piękniej. Była to osoba pulchna i łagodnego usposobienia, zawsze wesoła i uśmiechnięta jak pogodna niedziela. Wielcy myśliciele, a sam szekspir pośród nich, stwierdzili niejednokrotnie, że złe namiętności, skryte gniewy i podstępne żądze obierają sobie siedlisko w ludziach chudych. Nie dzieje się tak zawsze, lecz dzieje się dość często. Pulchna jak pączek pani Marta nie wiedziała nic o złośliwościach żywota i o zdradach, czyhających na każdym zakręcie dnia. Wierzyła wszystkiemu i wszystkim, kochała Boga, ludzi, las, zwierzęta i kamienie, zawsze była gotowa do usług i biegła szybko z pomocą, ledwie posłyszawszy cichy jęk lub wezwana

Przeczytaj "List z tamtego świata" »

Panna z mokrą głową

Rozdział pierwszy

Życie słynnych ludzi opisuje się zwykle od chwili ich narodzin; jest tedy sprawą słuszną, by żywot „Panny z mokrą głową”, którą należy zaliczyć do najwybitniejszych postaci naszego wieku, rozpocząć od owego dnia, kiedy ujrzała ona światło słoneczne. Był to dzień szary, bardzo zwyczajny i niczym nie wyróżniający się od pospólstwa dni, chociaż powinien zalśnić w kalendarzu, wybuchnąć jak wulkan i zakrwawić wielką łuną chmurne i przepaściste niebo historii. Tak się bowiem często działo w bardzo dawnych czasach, że kiedy na świat przychodził ktoś taki, co miał zaważyć na jego losach - jakiś potężny król, wspaniały geniusz czy też potwór, co miał rozlać morze krwi - dziwne w naturze działy się rzeczy: ziemia trzęsła się jakby w wielkiej trwodze, padały góry, jakby chciały czołem uderzyć o struchlałe padoły, morze występowało z brzegów, lwy ryczały na pustyni, wybuchały pożary, a wszystkimi ludźmi wstrząsał tajemniczy dreszcz. Nic podobnego - ku powszechnemu zdumieniu - nie stało się owej chwili, kiedy „Panna z mokrą głową” zjawiła się na świecie. Być może,

Przeczytaj "Panna z mokrą głową" »

Po mlecznej drodze

Mój czytelniku!

Jest dla mnie sprawą doskonale obojętną, czy weźmiesz do ręki książkę tę z miłością, czy z należytą pogarda., książka bowiem jest to stworzenie żywe i tak przezorne, ze serce swoje zostawia w rękach tego, co ją pisał, na pokaz rynku zaś ma twarz jedynie. Chodzi wśród ludzi, jak biedna sierota, której przed zbiegowiskiem ludzkiem każe tańczyć oprowadzający ją po świecie cygan—wydawca i tańczy i śpiewa, zwykle na temat z ,,Mignon”. Godną jest tedy poklasku gentelmana, lub westchnienia opasłej damy, która ma dobrą duszę i otłuszczenie osierdzia, serce zaś swoje, takie czyste, jak łza, ukaże książka temu jedynie, kto zna mowę serca, oczy zaś ma tak przenikliwe, ze dojrzeć je potrafi w głębi siedmiu skrzyń, na siedem zamkniętych zamków, w gąszczu słów, splątanych misternie za zasłoną z dziwnej mgły, co na oczy pada i na duszę. Do tego książka przemówi, jakby zaklęciem, jednem jakiemś cichutkiem słowem, w którem najbiedniejszem z tysiąca, słowem, w którem zazwyczaj drukarska jest pomyłka, niepozornem i niewymyślnem. Przez nie właśnie, jak przez serce, wycięte w okiennicy, pada

Przeczytaj "Po mlecznej drodze" »

Skrzydlaty chłopiec

I

Pan Alojzy Raczek nie zaznał zbyt wiele szczęścia w życiu, życie bowiem jak gdyby się zawzięło na pana Alojzego Raczka. Widząc pogodę w jasnych, bladoniebieskich, jak gdyby wypłowiałych na słońcu jego oczach i widząc dobrotliwy uśmiech na jego obliczu, drobnym i jak gdyby zmiętym — postanowiło zagasić ten uśmiech i, zdmuchnąć ze spojrzenia pogodę. Pan Alojzy Raczek bronił jednakże skarbów swojego ducha z bohaterskim, nieustępliwym uporem Leonidasa1. Jasności spojrzenia używał jak słonecznego grotu, a pogodą serca zasłaniał się jak tarczą przeciwko całemu zastępowi nieszczęść, zgryzot i udręczeń; przeto życie — srogi nauczy ciel — nie mogło nauczyć powagi tego niesfornego ucznia, przyjmującego z radosnym uśmiechem chłosty i kary. Mało było nadziei, żeby pana Alojzego Raczka można było kiedyś wprowadzić na bity, prosty i utarty gościniec rozsądku, młodzieniec ten bowiem miał już lat przeszło sześćdziesiąt; wiek ten, wcale już srebrny, miała jedynie jego capią, rzadka bródka, na którą radosna pogoda jego ducha nie miała wpływu i nie ochroniła jej przed siwizną. Natomiast bladoniebieskie

Przeczytaj "Skrzydlaty chłopiec" »

Przyjaciel wesołego diabła

Przedziwną historią, którą w tej książce opowiemy, słyszałem od pewnego bardzo starego człowieka; jemu opowiedział ja jego ojciec, jego ojcu jego dziad, jego dziadowi jego pradziad, jego pradziadowi jego prapradziad, jego prapradziadowi jego praprapradziad, a temu praprapradziadowi. opowiedział ja nieznany człowiek, który miał wtedy sto siedemdziesiąt trzy lata i brodę z dostojnej starości tak potężna, ze ja przed nim niosło dwunastu pachołków, tak jak dwunastu paziów niesie ogon królewskiego płaszcza. Jasna tedy jest sprawa, że jest to historia sędziwa i gdyby cudownym opowieściom rosły z wiekiem srebrne brody, opowieść, która mamy zamiar opowiedzieć, dźwigałaby brodę równie wspaniała, jak ów starzec. Tak się jednak dzieje na tym Bożym świecie, że to, co kiedykolwiek było piękne, choćby to było przed pięcioma tysiącami lat, pozostaje piękne na zawsze, a czas nie ma do tego przystępu; dlatego poezja, z pięknych najpiękniejsza, narodzona wtedy, kiedy Pan Bóg świat stworzył, nie starzeje się nigdy i kwitnie zawsze białym, radosnym, wiosennym kwieciem. Wielkie zginęły narody, w gruz legły miasta potężne, wielkie państwa

Przeczytaj "Przyjaciel wesołego diabła" »

Piąte przez dziesiąte

Ach, jakiż piękny tytuł! — zawoła uradowany czytelnik.
Muszę zauważyć odrazu, w celu uniknięcia nieporozumień, że czytelnik jest to indywiduum, które się raduje byle czem. Ponure moje spostrzeżenie pochodzi właśnie z powodu tego tytułu. Bo i czem się radować? Dla mnie tytuł ten jest pełen zgrozy, oznacza on bowiem, że autor będzie przemawiał nie wiele więcej i bynajmniej nie wiele piękniej, niż zawodowy warjat, bo tylko ta jedynie rozumna gromadka ludzka gadać zwykła „piąte przez dziesiąte”.
Jeżeli ktoś bredzi, to się o nim u nas mówi, że gada albo „trzy po trzy” — albo „piąte przez dziesiąte” znać w tych powiedzeniach żywiołowy wstręt Polaków do rachunków i do matematyki i pewien, egoistyczna zresztą, nagminnie nabożny szacunek dla szaleńców Jestem też pewien, że moja książeczka, takim trybem nazwana, będzie czytana z szacunkiem i z powagą.
Skąd pochodzi ten tytuł? Wprawdzie mało to kogokolwiek obchodzi, lecz nie będzie od rzeczy, jeśli powiem, że tytuł ten został przeżeranie obmyślony pracowicie i z wysiłkiem podczas bezsennych nocy, a wszystko to po to, aby czytelnicy mogli

Przeczytaj "Piąte przez dziesiąte" »
  • Strona 1 z 2
  • >
  • »